Prawicowy internet podekscytował się fragmentem felietonu Tomasza Lisa w najnowszym Newsweeku. Prawicowy internet jest podekscytowany, bo uważa, że odkrył dowód na istnienie medialnego układu, że odkrył jak funkcjonuje salon. Że właśnie Tomasz Lis dostarczył dowodu na zblatowanie szefów największych polskich mediów z władzą z Platformy. Wybić z głowy takie przekonania jest bardzo trudno. Więc chyba zrezygnuję z tej ambicji. Postaram się tylko dostarczyć kilku kontrargumentów.

REKLAMA
Tomasz Lis napisał w Newsweeku:

Kilka dni temu Donald Tusk zaprosił na śniadanie w kancelarii premiera redaktorów naczelnych najważniejszych polskich mediów. Spotkanie było off the record, czyli żadnych detali nie będzie. Ale nie popełnię chyba nadużycia, pisząc, że premier Tusk boi się o jakąś PR-owską porażkę, incydent, który przesłoniłby cały obraz. Rozumiem go. CZYTAJ WIĘCEJ


i z tego niektórzy na Twitterze wyciągnęli wniosek, że premier ustalał z naczelnymi medialne "przekazy dnia". Nie było mnie na spotkaniu, więc nie będę się w jego sprawie wypowiadał, ale z doświadczenia wiem, że taka opinia zasługuje na wyróżnienie tytułem: Bzdura dnia.
Nieoficjalne spotkania prezydenta, premiera i ministrów z mediami nie są wydarzeniem. Są rutyną. I powinny być rutyną. Umożliwiają one bowiem mediom lepsze zrozumienie procesów, które dzieją się w państwie i w polityce. Otóż w dziennikarstwie jest tak, że jeśli chce się coś naprawdę zrozumieć, trzeba porozmawiać z najważniejszymi osobami biorącymi w tym udział. To oczywiste. Jeżeli więc piszemy o szczycie w Brukseli na przykład, to powinniśmy poznać i zrozumieć stanowisko ministra do spraw europejskich, ministra spraw zagranicznych, premiera i prezydenta. I ci ludzie co jakiś czas - zazwyczaj co parę miesięcy, znajdują godzinę, półtorej dla jakiejś grupy dziennikarzy, by przedstawić im sposób, w jaki patrzą na sprawy. Czasem poruszają się na bardzo ogólnym poziomie, czasem schodzą do opisu bardzo konkretnych sytuacji.
Jeśli takie spotkania mają mieć sens, to muszą być off the record. Inaczej byłyby tak poprawne, że nie wynikałoby z nich nic więcej poza konferencją prasową. Różny jest stopień zaufania gospodarzy do gości. Ja pamiętam spotkanie jednego z ministrów, który tak bardzo otworzył się przed rozmówcami, że gdyby szczegóły rozmowy zostały ujawnione, byłaby awantura. Ale dzięki temu, że się otworzył, zaproszeni dziennikarze w pełni zrozumieli, jak skomplikowaną grę toczy polskie państwo w jednej ze spraw. Umożliwiło to mi na przykład sięgnięcie głębiej w temacie, którym się wtedy zajmowałem. Dzięki tamtej 90 minutowej rozmowie w niewielkim gronie, zrozumiałem złożoność materii.
Spotkania off the record organizuje od paru lat Donald Tusk. Nie tylko dla redaktorów naczelnych, czasem odbywają się one przed wylotami premiera na zagraniczne delegacje i służą poinformowaniu dziennikarzy, co Polska chce na miejscu uzyskać. Spotkania z mediami organizuje prezydent. Byłem na jego śniadaniu z dziennikarzami, podczas którego lepiej zrozumieliśmy tematy, które w tamtym czasie miała na stole głowa państwa. Byłem na takich spotkaniach z kilkoma ministrami.
Ale byłem też na wieczornej kolacji z dziennikarzami organizowanej przez Lecha Kaczyńskiego, gdzie również zaproszono niewielką grupę gości z mediów. Nie było to wydarzenie jednorazowe, Lech Kaczyński organizował takie spotkania co jakiś czas. Off the record rozmawiało się także z Konradem Ciesiołkiewiczem i Kazimierzem Marcinkiewiczem. Ujawnię też wstrząsającą informację, na którą powinni się rzucić Twitterowi łowcy sensacji: wiosną 2008 organizowałem dla premiera Marcinkiewicza naukę jazdy na quadzie przed rządowym hotelem na Parkowej., tuż przed motocyklowym piknikiem, na który był zaproszony. To także było off the record.
W Stanach Zjednoczonych jest przyjęte i zrozumiałe, że szczególnie wrażliwe tematy, dotyczące na przykład bezpieczeństwa żołnierzy na zagranicznych misjach, prasa omawia z przedstawicielami administracji. Nie jeden i nie dwóch prezydentów USA prosiło redaktorów naczelnych o wstrzymanie artykułów ze względu na ważny interes kraju. I New York Times, czy Washington Post to rozumiały. W Polsce niestety głupcy napisaliby szybko na Twitterze, że jest to dowód na spisek, salon i zblatowanie.
Bardziej boję się niedoinformowanych dziennikarzy, którzy piszą artykuły wyssane z palca, niż dziennikarzy zdobywających informacje na nieformalnych spotkaniach z politykami. Polityka i media muszą żyć w pewnej symbiozie. O jej niebezpieczeństwach oczywiście też mógłbym długo pisać i też z przykładami. Ale to już innym razem.