Jeden z polityków powiedział kiedyś, że kupujący kiełbasę mogliby nie być szczęśliwi widząc, w jaki sposób kiełbasa jest produkowana. Może nawet dostali by niestrawności. Wtedy chodziło o politykę. Dziś chodzi o politykę i o media. Redaktor naczelny Rzeczpospolitej oburzył się na "niewiarygodną presję", jaką odczuła jego redakcja ze strony Ministerstwa Spraw Zagranicznych w sprawie artykułu o białoruskiej wpadce MSZ. Oburzył się tak, jakby w tej fabryce kiełbasy pracował od wczoraj. Skoro robi w niej od wielu lat, to podejrzewam, że oburzył się bardzo na pokaz.

REKLAMA
Media i polityka żyją jednocześnie w stanie konfliktu i symbiozy. Żyć bez siebie nie mogą, a jednocześnie regularnie oskarżają się o wszystko co najgorsze. Dziennikarze muszą ściskać ręce polityków i jednocześnie uważnie na te ręce patrzeć. Politycy wiedzą, że potrzebują mediów.
Telefony polityków do mediów są więc czymś normalnym. Czasem są to telefony z informacją, czasem są to telefony z interwencją, czasem rozmówca jest wkurzony. Czasem się wydziera. Taka praca. Próby przekonania dziennikarza do swoich argumentów są czymś regularnym. Interwencje telefoniczne z zamiarem przekonania, że jakaś publikacja zaszkodzi ważnemu interesowi społecznemu, czy narodowemu też się zdarzają. Naprawdę nie tylko w Polsce. Kolejni amerykańscy prezydenci i podlegli im urzędnicy przekonywali redaktorów New York Times, Washington Post i innych mediów, że powinni zatrzymać teksty, które piszą ich dziennikarze, bo zagrożą one bezpieczeństwu Stanów Zjednoczonych.
Z ostatnich kilku tygodni: Biały Dom poprosił Google o usunięcie w kilku krajach dostępu do filmu obrażającego Mahometa. Wprowadził kilkunastodniowe embargo na wiadomość agencji AP o możliwym zamachu na Amerykę. Współpracownicy wiceprezydenta Joe Bidena zabronili dziennikarzom używania Twittera podczas jego wystąpień, żeby reporterzy byli odpowiednio skupieni. Mogę sobie wyobrazić reakcję moich kolegów po fachu na taki zamach na konstytucyjne prawa, jak ograniczenie dostępu do Twittera.
Rzecznik MSZ wykonał kilka telefonów do redaktorów Rzeczpospolitej z prośbą (żądaniem) przypudrowania niewygodnych dla MSZ informacji o białoruskiej wpadce. Te telefony redaktor naczelny Rzeczpospolitej nazwał "niewiarygodną presją", a prawicowe media ostrzegały przed dyktatorskimi ambicjami reżimu Tuska. Telefonu Marcina Bosackiego do Rzeczpospolitej nie uważam za coś skandalicznego i niedopuszczalnego. Jego interwencję uważam natomiast za mało sprawną. Nie dość że nie odniosła spodziewanego rezultatu, to jeszcze rozpoczęła dodatkową awanturę. Nieskuteczność i fatalny PR. To nie mogło wyjść gorzej. Wypadło amatorsko. Tym bardziej, że białoruskie PITy to wpadka MSZ. I od początku mniej te telefony pachniały "ważnym narodowym interesem", a bardziej pudrowaniem niekompetencji przy Alei Szucha. Jeśli był w tym narodowy interes, to rzecznik Bosacki nie wyjaśnił tego przekonująco.
Jednocześnie reakcję red.naczelnego Rzeczpospolitej uznaję za nieco histeryczną. "Niewiarygodne naciski" brzmi, jak gdyby Radosław Sikorski zagroził likwidacją dziennika, zwolnieniem wszystkich i wycofaniem reklam spółek skarbu państwa. Chyba jednak to się nie zdarzyło. Gdyby rzecznik Bosacki bombardował telefonami TVP albo Polskie Radio czułbym się zaniepokojony albo oburzony. Tak jak w sytuacji, gdy minister Arabski załatwił w PAP, że dziennikarz nie zada Donaldowi Tuskowi niewygodnego pytania w Izraelu.
Ale MSZ zbombardował telefonami prywatną gazetę. Mówiąc o "niewiarygodnych naciskach" redaktor Wróblewski przyznaje się do słabości. Silny naczelny silnej gazety wzruszyłby ramionami i odłożył telefon. Niestety w opisie jego stanowiska znajduje się codzienne radzenie sobie z różnymi naciskami.
I redaktor Wróblewski i rzecznik Bosacki powinni więc znać proporcje. Reakcja obu jest w tej sytuacji teatralna.
Jednocześnie nie sposób nie zauważyć, że Radosław Sikorski jest w najgorszych wizerunkowych kłopotach od dłuższego czasu. Skumulowała się suma zmęczenia jego, co tu długo mówić, szorstkim stylem relacji z mediami oraz liczba wpadek. Jagienka Wilczak w Polityce napisała: MSZ zamiast poważnego urzędu pokazuje się jak sztubak z zerówki. Dla polityka budującego majestat osobisty i urzędowy, to duża zniewaga. I duże zagrożenie. Donald Tusk był od lat portretowany przez opozycję, jako chłopak w krótkich spodenkach. Ponieważ jednak Tusk nie tworzył wokół siebie atmosfery zadęcia, nadęcia i fanfar, to z tym portretowaniem spokojnie sobie poradził.
Z Sikorskim jest inaczej. Buduje swój obraz polityka majestatycznego, prezydenckiego. Jeśli opinia publiczna ubierze go w krótkie spodenki, to Sikorskiemu nic nie zostanie. W przeciwieństwie do Donalda Tuska brakuje mu umiejętności czarowania.
Minister Spraw Zagranicznych oczywiście potrafi być czarujący. Byłem rok, czy dwa lata temu na kolacji dla grupy dziennikarzy, którą wydał w pałacyku MSZ na Foksal w Warszawie. Sikorski potrafił tak grać miejscem (pałacyk, kelnerzy, etc) oraz rozmową, by przekonać do siebie rozmówców. Potrafi opowiadać, także żarty (wbrew potocznej opinii, nie tylko niepoprawne), wie kiedy być poważnym, a kiedy na luzie. Jego problem polega nie na tym, że relacji z mediami nie potrafi utrzymać przez dłuższy czas. Skutkiem tego awantura z Rzeczpospolitą.