Kiedyś wyjazdy w polityków w miejsca tragedii traktowałem jako pokazówkę pod kamery. Potem jako niezbędną w demokracji empatię władzy w stosunku do poszkodowanych. Ale niedawno usłyszałem od jednej z osób z Kancelarii Premiera historię, która zmieniła wszystko. I zacząłem takie wyjazdy oceniać inaczej niż wcześniej.
REKLAMA
We wrześniu 2009 roku ponad kilometr pod ziemią wybuchł pożar w kopalni Wujek. W ogniu zginęło 20 górników.
Donald Tusk pojechał do kopalni po południu w dniu tragedii. Na miejscu, jak opowiedział mi mój rozmówca, czekało kilku, jak zwykle napuszonych dyrektorów i ważniaków. Premier odebrał od nich raport, usłyszał zapewnienia, że wszystko jest w porządku, że rodziny ofiar są poinformowane i że są pod opieką psychologów.
I gdy Donald Tusk kończył wizytę, szedł do samochodu, by wrócić do Warszawy, pociągnęła go za rękaw, stojąca w tłumie kobieta. Zapytała: Czy pan premier się z nami zobaczy. Tusk powstrzymał, odpychających kobietę ważniaków z kopalni i zapytał o co chodzi. Kobieta zaprowadziła go do prymitywnego baraku. W nim na gołej podłodze siedziało kilkadziesiąt kobiet. Były to żony górników, którzy zginęli tego dnia w kopalni. Zginęli 8-10 godzin wcześniej, ale dyrektorzy nie mieli odwagi tym kobietom powiedzieć o tym.
Oczywiście nie było też psychologów. Kopalnia przysłała kilku, ale ze strachu przed tymi kobietami, w ogóle nie pojawili się w baraku. Mój rozmówca opowiadał mi, że gdy premier wszedł do baraku, nagle wokół niego zaczęło robić się pusto. Kolejni dyrektorzy wymykali się z pomieszczenia. Tusk ich zatrzymał i zapytał, dlaczego kobiety nie wiedzą, że ich mężowie nie żyją. Dyrektor powiedział, że prokuratura nie zakończyła identyfikacji ofiar. Tusk spytał: Ale wiecie kto zginął? Dyrektor potwierdził. Premier kazał dać listę ofiar i w tym baraku zaczął odczytywać ją na głos żonom górników.
Nadal więc jest tak, że przyjazd premiera potrafi wiele na miejscu takiej tragedii zmienić. Owszem czasem władza niepotrzebnie plącze się pod nogami ratowników. Owszem czasem chodzi o to, by dobrze wypaść przed kamerą. Ale jednocześnie w Polsce, gdzie lokalni urzędnicy orientują się na centralną władzę, a hasło "z Warszawy" wciąż ma swoją magiczną moc, szef rządu albo minister mogą na miejscu po prostu wiele pomóc.
I naprawdę nie jest tak, że wyjazd na miejsce tragedii jest dla prezydenta, premiera, ministra przyjemny. Wyobraźcie sobie ten barak, kilkadziesiąt kobiet i grobową ciszę, w której Donald Tusk odczytuje po raz pierwszy nazwiska zmarłych górników ich najbliższym rodzinom.
