Nienawidzę dziadostwa. Dlatego ogłaszam, że nie mam problemu, by prezydent, premier, ministrowie i wysocy urzędnicy, a także ci z niższymi urzędami, ale robiący dobrą robotę, zarabiali dobrze. Zgadzam się, by za służbowe spotkania płacili służbową kartą kredytową, jeździli na nie służbowym samochodem i kupowali prezenty zagranicznym gościom, jeśli jest to w interesie państwa. Moja hojność jako podatnika, ma jednak granicę. Donald Tusk nie tylko ją przekroczył, ale dosłownie i w przenośni przez nią wyleciał.

REKLAMA
Milion trzysta tysięcy złotych, jakie Donald Tusk wydał na prywatne podróże Warszawa - Sopot - Warszawa, to dla budżetu grosze. Budżet to setki miliardów, więc milion z groszami to suma, która nie waży finansowo. Ale symbolicznie ciąży bardzo. Wszystkim rekomenduję poniedziałkowy "Newsweek". Artykuł Michała Krzymowskiego o Tusk - taxi, jest lekturą przygnębiającą.
Jak daleko posunęliśmy się od początku lat 90-tych, gdy premier Pawlak przesiadał się z niemieckiej limuzyny w Poloneza, by podjechać na oficjalne spotkania. 20 lat później Donald Tusk nawet nie udaje. W ostatnim roku latał na koszt podatnika 50 razy na trasie Warszawa - Gdańsk.
Z tekstu w Newsweeku dowiadujemy się, że Donald Tusk nadal nie polubił Warszawy. Być może powinien zostać wojewodą pomorskim. Dlaczego artykuł jest przygnębiający? Bo boli mnie skala tuskowej, co tu dużo mówić, rozrzutnej bezczelności.
Żyjemy w niespokojnych czasach. Notowania giełdowe szaleją, firmy padają, media umierają, państwa bankrutują. Nawet Kościół ma duże kłopoty. Niewiele jest rzeczy pewnych. Jedną z nich jest cotygodniowy wypoczynek Donalda Tuska nad morzem. Piątek po południu szef rządu wylatuje. Poniedziałek w okolicach południa przylatuje. I tak tydzień w tydzień. Niby wiedzieliśmy o tym wcześniej. Ale zebranie wszystkich tych danych w jednym miejscu robi duże wrażenie. Tym większe, gdy docieramy do tych fragmentów, które pokazują, że Tusk potrafi polecieć na trasie Gdańsk - Warszawa nawet kilka razy w weekend, bo mu wypadło w sobotę jakieś spotkanie w stolicy. Więc załatwia je, a potem na kilka godzin leci na Pomorze.
Też lubię popatrzeć na morze. To bardzo uspokajające. Do głowy by mi jednak nie przyszło, by gapić się na morze na koszt firmy tydzień w tydzień. Donald Tusk tymczasem wydaje nie prywatne pieniądze jakiejś firmy, ale publiczne. Sądziłem, że zwolennik "Taniego Państwa" nie ulegnie miłości do bizantyjskich przywilejów. Uległ z taką intensywnością, że to akurat zachowanie zdecydowanie bardziej przypomina zachowanie kacyków jakiś wschodnich republik niż przywódcę europejskiego kraju. Zwłaszcza po przymusowej emeryturze Berlusconiego.
Szokuje mnie ten brak skrępowania premiera. Skrępowany jest Tusk tylko wtedy, gdy dziennikarze "Newsweeka" poprosili Kancelarię Premiera o dane o lotach. Kancelaria była tak skrępowana prośbą, że realizowała ją dwa miesiące. – On uważa, że samolot mu się po prostu należy – powiedział "Newsweekowi" współpracownik Tuska. Panie premierze, ja też uważam, że samolot się Panu należy. Namawiałem Pana niedawno, by przestał się Pan przejmować medialnymi krzykami i wykazał większą śmiałość w polityce zagranicznej. Poprę decyzję o zakupie przez Polskę samolotów dla VIP-ów. Zgadzam się, że szef rządu zarabia w Polsce mało. Ale nie zgadzam się z myśleniem: Zarabiam mało, więc przynajmniej sobie to wyrównam lotami do domu i innymi wygodami. To nie jest, panie premierze, sposób. Trzeba mieć odwagę, by powiedzieć opinii publicznej (i brukowcom), że kierownictwo państwa powinno zarabiać w Polsce więcej.
Wkurza mnie też, opisana przez Michała Krzymowskiego (i niby dobrze znana) metoda pracy Tuska. Dzieje się coś ważnego. Premier wsiada w samolot, przylatuje z Gdańska, albo z urlopu i szaleje na konferencji prasowej. Składa obietnice, groźnym tonem zapowiada decyzje i ogłasza, że jego ekipa natychmiast zabiera się do roboty. Opinia publiczna i dziennikarze myślą, że Tusk od razu do tej roboty rusza. A gdzie tam! Wsiada w samolot i wraca na urlop, albo do domu.
Gdyby opozycja była bardziej ułożona, Tuskowi groziłoby że opinia publiczna uzna, że odleciał. A tak może latać w tą i z powrotem bez obawy, że wyleci ze stanowiska.