Tak się składa (lato!), że jeżdżę teraz po Polsce częściej niż wcześniej, a więc częściej słucham radia. Gdy się jest dyrektorem zarządzającym, to na blokach reklamowych nie ścisza się odbiornika, tylko robi się głośniej. Warto wiedzieć kto, gdzie i jak się reklamuje. Całkiem sporo reklamuje się teraz Państwowa Inspekcja Pracy z akcją: Pracowniku, znaj swoje prawa.
REKLAMA
Gdy pierwszy raz ją usłyszałem, przez 25 sekund spotu myślałem że za reklamę zapłacili panowie Duda albo Guz, albo inny związek zawodowy. Na końcu okazuje się jednak, że jest to państwowa instytucja. Nie mam z tym problemu. Bezpieczeństwo pracy i przestrzeganie prawa pracy to rzecz ważna. Parę tygodni temu usłyszałem inną reklamę - z informacją o liczbie letnich wypadków w rolnictwie i byłem przerażony. Liczba śmierci jest przygnębiająca.
Kampania PIP jednak, choć odbywa się pod hasłem: Pracowniku znaj swoje prawa i obowiązki, na razie (a słyszałem parę różnych spotów) dotyczy wyłącznie praw. Dziś lektor przez pół minuty opowiadał o prawach pracownika wynikających z badań okresowych. I świetnie. Ale myślę, że też ta czy inna państwowa instytucja mogłaby emitować równolegle spot pokazujący punkt widzenia pracodawców na tę sprawę.
Zatrudniam w naTemat pracownika, który w 2012 został zbadany okresowo i na mocy prawa trzy razy. Tak, trzy razy. Najpierw, na początku roku, pracownik przeszedł obowiązkowe badania okresowe u swojego pierwszego pracodawcy. Wymagało ich prawo, choć były one bez sensu, bo pracownik już odchodził z tej firmy. Poszedł na kilka miesięcy do firmy B, w której przejść musiał pracownicze badania wstępne. Następnie, po paru miesiącach, pracownika zatrudniłem ja, więc przeszedł w naTemat i na koszt naTemat wstępne badania pracownicze po raz trzeci. Mówimy oczywiście o pracy przy komputerze, więc jest to badanie krwi, ogólny stan zdrowia i okulista. Od 100 do 200 złotych plus godziny czasu stracone. Na koszt pracodawcy oczywiście.
Powie ktoś - takiej sytuacji nie można generalizować. A ja na to odpowiem, że biorąc pod uwagę kilkanaście milionów zatrudnionych w Polsce, to rachunek za te badania i za czas jest gigantyczny. I w całości płacą go pracodawcy. Był pomysł, aby przepisy zmienić. Ale upadł po paru minutach. Nie rozumiem argumentu, że praca przed komputerem jest dziś jakimś poważnym zagrożeniem pracowniczym. Komputery, ekrany w takiej czy innej postaci towarzyszą nam nie tylko w firmie. Towarzyszą nam w każdej sekundzie życia. Jeśli mamy uważać je za zagrożenie dla zdrowia, to wszyscy jesteśmy równie zagrożeni.
Marzy mi się też spot radiowy, który opisze jeszcze inną sytuację. Inny pracownik naTemat musiał wykonać badania lekarskie w szpitalu. Położył się do szpitala w piątek (pracodawca płaci). W piątek, sobotę, niedzielę badania polegały głownie na pobraniu krwi i zajmowały nie dłużej niż półtorej godziny dziennie. Podobnie było w poniedziałek, wtorek i środę (płaci pracodawca). Pracownik zapytał w szpitalu, że to chyba niezbyt efektywne i trochę drogie i bez sensu: Na co usłyszał, że NFZ płaci za dobę 300 zł. więc lepiej niż za nocleg w warszawskim hotelu. Szpitalowi się opłaca pacjenta trzymać. I chciał trzymać aż do piątku w łóżku, żeby zrobić w piątek jedno badanie USG. Co szpital obchodzi, że podatnik zapłaci za bezsensownie zajęte łóżko i że pracodawca musi zapłacić pensję (80%).
Inspekcja pracy ma swoje zainteresowania i rozumiem, że są one takie, a nie inne. Ale chciałbym, żeby nasz bloger Janusz Piechociński, albo inna osoba stojąca na czele państwowej instytucji, zamówił reklamę wyjaśniającą pracownikom, dlaczego pracodawcę czasem krew zalewa, gdy słyszy o ustawowych prawach i obowiązkach.
