ze zbiorów autora

REKLAMA
Prezydent Francji pojechał na Tahiti, aby odwiedzić to zamorskie terytorium Republiki. Miał tam ważne sprawy do załatwienia, bo Francja zamorska to także potencjał polityczny, który akurat teraz François Hollande skrzętnie zbiera.
Tahiti, wyspa nazwana kiedyś skarbem Francji. Marzenie podróżników, przekleństwo Gauguina.
Dawno temu, ktoś wpadł w Anglii na pomysł, aby sprowadzić do kolonii chlebowce. Ich owoce, zamiast piec czy gotować, miano – podobnie jak maniok – przerabiać na mąkę. Obliczono, że dzienna porcja wypieczonych placków z kilku sadzonek drzewa chlebowego potrafi wyżywić niewolników na jednej, dużej plantacji trzciny cukrowej. Wyprawa w poszukiwaniu drzewa chlebowego, przeszła do historii jako exodus „Bounty”. Uczestnicy tej wyprawy popłynęli na Tahiti, śladem kapitana Cooka aby dostarczyć chlebowce na Jamajkę. Ale gorące temperamenty maoryskich kobiet oraz błogi klimat lagun Polinezji tak zniewoliły załogę, że podniosła bunt i odesłała swojego kapitana na małej szalupie do Timoru, by nigdy już nie wracał na Tahiti.
Historia ta zwróciła uwagę na malutkie wyspy i atole Pacyfiku, bogate w palmy kokosowe, ryby, owoce i dary natury w postaci łagodnego charakteru ich mieszkańców. Najwięksi podróżnicy, żeglarze, odkrywcy, artyści, pisarze i poeci docierali na Polinezję aby posmakować tego legendarnego raju. Już od czasów Magellana, płynęły stamtąd echa legend o nieustającej miłości, pieśni syren i rozkoszy podniebienia. Opinii tej nie zmieniły nawet okrutne opowieści o ludożercach na Markizach i Tuamotu. Swoje tragiczne losy opisał wszak Herman Melville, który w ukryciu spędził kilka lat na wyspie Nuku Hiva. Na targu w Papeete można usłyszeć – „Aore tapoi te peu...” piosenkę o przygodach biedaka, który bez grosza przy duszy zawędrował do restauracji. Najadł się do syta, potem wrzucił do pustej miseczki przyniesionego ze sobą karalucha. Pokazał go gospodarzowi i w świętym oburzeniu opuścił lokal bez zapłacenia rachunku. To porzekadło o tamtejszym Chińczyku. Polinezyjczycy nie wyglądają na wielkich cwaniaków. Myliłby się jednak ten, kto wziąłby ich za naiwnych. James Cook pierwszy żeglarz, który dokładnie spenetrował Wyspy Towarzystwa miewał kłopoty ze złodziejską naturą ich mieszkańców. Ponieważ Polinezyjczycy nie znali wcześniej żelaza, zainteresowali się gwoźdźmi w deskach okrętowych. Potrafili podpływać cichutko i wyjmować je ze statku tak sprytnie, że marynarze pełniący wachtę niczego nie zauważali. Cook surowo karał za to przewinienie, ale spryt Polinezyjczyków był nie do pokonania. Na Tahiti życie płynęło im wartko. Ryby pluskały w wodzie stadami tak wielkimi, że wystarczyło wejść i zatrzymać kilka sztuk ręką. Kokosy rosły nad głowami. I dziś korzystają pełnymi garściami z dobrodziejstw świata Pacyfiku. Niczego nie muszą gromadzić, bo wszystko mają pod ręką. Ryby, kaloryczne mleko wyciskane z miąższu kokosowych orzechów, dzięki któremu ciała zaokrąglają się i zbliżają do ideału obfitości, prawdziwego dżentelmena na Tahiti. I te kobiety, zwane vahine, które zawsze obdarzają ich miłością.
Tak, Tahiti to nadal skarb Francji…