zbiory autora

REKLAMA
Thor Heyerdahl mawiał, że jeśli marzymy o wyprawie na księżyc, wystarczy pospacerować po stożkach wygasłych wulkanów na Wyspie Wielkanocnej. Podobno wtedy o wiele bardziej przybliżymy się do poznania jej tajemnicy. Bowiem na zboczach wulkanu Rano Raraku stworzone, opuszczone i pozostawione przez swoich twórców, od wieków tkwią na poły w ziemi, gigantyczne dowody na istnienie jakiejś wielkiej i nierozpoznanej do końca siły ludzkiego tworzenia.
logo
zbiory autora

Czy siedząc wśród rozrzuconych po gęstej trawie obelisków możemy tę tajemnice rozpoznać? Czy w głębokiej ciszy, przerywanej jedynie świergotem ptaków, sekret olbrzymów staje się wtedy bardziej czytelny, podobnie jak wysiłek Heyerdahla i jego ludzi by ten spowity mgłą tajemnicy wątek historii wyjaśnić?
Aby na te pytania odpowiedzieć, trzeba na Wyspę Wielkanocną dotrzeć, przebić się wcześniej przez gęstwinę granic, lotnisk, przejrzeć wspominki przeróżnych żeglarzy i wreszcie zasiąść w zakurzonym jeepie smagłego Maorysa, których choć na wyspie pozostało już niewielu, to jednak w największym stopniu dowodzą na istnienie świata, o którym pisał tenże Thor Heyerdahl i dla którego nasza obecność tam się uzasadnia.
Wyspę odkrył Jakub Roggeeven w 1722 roku. Nazwał ją Paash Eiland, czyli Wielkanocną bo wylądował na jej brzegu w dniu Zmartwychwstania Pańskiego. Roggeeven i jego załoga płynęli tamtędy, bowiem pragnęli odnaleźć legendarny Ląd Południowy. Dlatego na małej, skalistej wyspie nie zabawili długo. Nie mieli zresztą zbyt dobrej opinii o odkrytym miejscu. Owszem zdumiały ich gigantyczne posagi ustawione nad brzegiem oceanu i mocno górujące nad otoczeniem, ale nie próbowali dociec ich pochodzenia, ani faktu, że zbudowali je mieszkańcy odcięci od reszty świata i pozbawieni narzędzi do ich wykonania. Holendrzy odpłynęli w kierunku Nowej Gwinei szukać dalej swojego wymarzonego lądu. Tymczasem wyspę zamieszkiwali potomkowie króla niejakiego Hotu Matua. Miał on przybyć setki lat wcześniej z odległej, innej wyspy, położonej gdzieś na zachodzie. Właśnie się zapadała pod powierzchnię oceanu i król zaczął szukać nowego domu dla swego ludu. Wtedy Bóg, niejaki Make-Make niespodziewanie ulitował się i wskazał mu drogę, a kiedy Hotu Matua ze swymi ludźmi wylądowali na wskazanej ziemi obiecanej, podarował im jeszcze cudowną fasolę, dzięki której nigdy nie mieli zaznać głodu. Potem nauczył ich uprawy roli i jak tę fasolę pielęgnować. W podzięce za te dary zbudowano mu liczne posągi. I miano wyrzeźbić więcej, ale jak to już bywało w historii, ludzie zrobili się niespodziewanie chciwi, próżni oraz zuchwali. Przestali uznawać Make-Make sądząc, że sami mogą sobie poradzić na wyspie. I wtedy obrażony Bóg zabrał im fasolę, czym pozbawił ich siły oraz sprowadził na nich głód. Nieukończone posągi pozostały więc w miejscu, gdzie zaczęto je tworzyć, a ludzie wymarli. Kiedy pierwsi podróżnicy z Europy dotarli na wyspę, żyło na niej zaledwie kilka tysięcy tubylców. Nie byli chyba najszczęśliwszymi mieszkańcami tej wyspy, którą choć nazywali „Pępkiem świata”, czyli Rapa Nui, traktowali raczej jako skaliste i nieurodzajne miejsce do nudnej egzystencji bez przyszłości.
logo
zbiory autora

Część posągów była już wtedy mocno zniszczona, a pozostałe zalegające zbocza wulkanu i nietknięte, bo nikt nie miał mocy by je ruszyć, przetrwały do naszych czasów. Tyle legenda, część z niej mówiąca o losach posagów to zapewne prawda, reszta to domysły i hipotezy.
logo
zbiory autora

Jednak to właśnie owe posągi były magnesem ściągającym na wyspę wszelkich włóczęgów i romantycznych badaczy przeszłości, są także i dziś jedynym rarytasem nęcącym turystów z całego świata. Posagów naliczono prawie 900. Dla przybyszów, kilkanaście z nich, zgrupowanych na platformach nieopodal oceanu, stanowią efektowną atrakcję. Bez wątpienia legendy o ich narodzinach także. Nikt nie zastanawia się właściwie dlaczego nazwa wyspy „wielkanocna” ostała się przez wieki. Przypadkowa i kompletnie niepasująca do tego miejsca. Daleka od historii i jej mieszkańców.
logo
zbiory autora

Główne miejsce na wyspie nazywa się Hanga Roa. Ciche miasteczko, świetnie recenzujące to, co nazywa się spokojem i izolacją, zagubieniem pomiędzy słońcem i gwiazdami. Gdyby nie gapiące się, stojące na wzgórzach kamienne głowy, można by powiedzieć, że wyspa wraz z jej mieszkańcami jest tworem nieudolnego architekta, który nie odnalazłszy się w swym zawodzie namalował na złość obraz brzydki i niechciany. Hanga Roa to zapyziałe, dwie uliczki z kilkoma pustymi barami, sklep z polinezyjskimi pamiątkami, kafejka internetowa wraz z pracownią tatuażu i kościół, płaski, murowany z białego kamienia jak wszystkie świątynie na wyspach Pacyfiku. Można tam znaleźć grób Sebastiana Englerta, który zbierał legendy i porzekadła, potem je spisał i dzięki temu wszelkie tajemnice wyspy Wielkanocnej próbowano odczytywać przy pomocy tych zapisków właśnie. Englert był zakonnikiem, mawiał o wyspie „moja”, żył z jej mieszkańcami, a oni twierdzili, że jest ich „królem”. Gdyby nie jego pasja wszelkie dyskusje na temat historii wyspy nie miałyby sensu. Książkę „Legendy Wyspy Wielkanocnej” napisał w języku polinezyjskim, dopiero potem przetłumaczono ją na hiszpański i wydano w Chile, bo Rapa Nui od 1888 roku jest częścią tego państwa. I tak świat dowiedział się o Długouchych i Krótkouchych, dwóch zwalczających się plemionach, których antagonizm doprowadził do wyniszczenia wyspy, utraty jej tożsamości i substancji materialnej.
Krótka wizyta na Rapa Nui wystarczy by stwierdzić, że tamtejsze życie kręci się wokół legend i zamierzchłej przeszłości. Bo tylko to sprzedaje się tam najlepiej. To turyści zdecydowali o losie Wyspy Wielkanocnej. Reszta też jest importowana – drewno, owoce, warzywa, mięso, maszyny, ubrania - z tym, że gdyby nie ci pierwsi, resztki mieszkańców dawno by opuścili to miejsce szukając szczęścia i pracy w Chile, albo na Tahiti. Rząd w Santiago de Chile stwierdził, że cała wyspa jest cmentarzyskiem przeszłości, jak muzeum na wolnym powietrzu. C`yli skansen. Wolno po nim chodzić, ale po wskazanych ścieżkach. Dlatego mieszkańcom Rapa Nui nie wolno nic uprawiać, poza przydomowymi ogródkami. Wszędzie, dosłownie wszędzie, spod traw, krzaków, piasku wyłażą dowody na istnienie tajemniczej przeszłości. Rzeźby, kamienne obeliski, wyryte znaki na skałach. Takie muzealne rekwizyty napotyka się na każdym spacerze, w drodze do hotelu czy pobliskiej knajpy.
I skoro w tym pustym krajobrazie legenda nie obumarła, to warto w nią było zainwestować. Kilka hoteli o niezłym standarcie, lotnisko zdolne przyjmować wahadłowce, choć żaden z nich nigdy tam nie wylądował, tuńczyki wielkie i soczyste jak mało gdzie i kiedy, w restauracjach z francuskimi nazwami potraw, baraszkujące wieloryby niedaleko skalistej plaży, które można podglądać całe dnie przy okazji rozmyślania o tajemnicy Wyspy Wielkanocnej.