Minister Mucha zażyczyła sobie w programie Tomasza Lisa by zwracać się do niej "pani ministro". Jak można było przewidzieć jej wypowiedź od razu stała się przyczynkiem do żartów i krytyki. Joanna Mucha najwyraźniej nie chce zejść z linii ognia mediów, na której znajduje się nieustannie od kilku tygodni.

REKLAMA
Co Mucha chciała osiągnąć prosząc o tytułowanie "ministrą"? Czy chciała pokazać, że zamieszanie wokół niej ma związek z seksizmem? A może po prostu odpowiedziała na pytanie Tomasza Lisa spontanicznie, chcąc wykonać ukłon w stronę środowisk feministycznych? Tak czy tak, za żadnym z tych wariantów nie stoi logika.
Ciężko będzie przecież przekonać obywateli, że Joanna Mucha wykonuje dobrze swoje obowiązki, tylko wszyscy pastwią się nad nią, ze względu na płeć i urodę. Obie te cechy nie mają żadnego związku z jej wpadkami. Nie bardzo widzę też korzyści jakie miałby przynieść minister sportu sojusz, ze wzbudzającymi liczne kontrowersje feministkami. Mucha potrzebuje nie kolejnych burz, ale ciszy i spokoju.
W sumie całą sprawę z "ministrą" można by uznać za mało istotną - po prostu Joanna Mucha chce, żeby tak się do niej zwracać i już. Niestety, minister sportu wybrała sobie bardzo zły moment na swój apel, bo jeśli do tej pory nie wyprowadziła z równowagi Donalda Tuska, to myślę, że wczorajszym wystąpieniem rozgrzała go do czerwoności.
Tusk od ponad tygodnia prowadzi medialny spektakl z oceną ministrów i urządza kolejne konferencje prasowe właśnie po to, by media przestały zajmować się wpadkami m.in. Joanny Muchy. Zapewne w zamyśle premiera ten czas, minister sportu powinna wykorzystać na to, by w zaciszu gabinetu zgłębić tajniki funkcjonowania swojego resortu, aby kolejnych wpadek już nie było. Niestety. Mucha nie dała o sobie zapomnieć.
Jakie będą konsekwencje kolejnego zamieszania z minister Muchą? W najbliższym czasie pewnie nie będzie żadnych, ale może w głowie premiera zamiast pytania "czy zdymisjonować" pojawiło się już "kiedy?".