Kiedy zaczynałem wszystko było bardzo proste. Wyszedłem pobiegać w tym co miałem. Bawełniana koszulka, spodenki, zwykłe buty. Na ręce miałem po prostu zegarek. Obiecałem sobie, że pulsometr kupię, jeśli uda mi się biegać regularnie przez miesiąc. Wytrwałem i kupiłem najtańszy sprzęt. Do dziś na jego wspomnienie dostaję dreszczy i szczękościsku. Stoper zatrzymywał się gdy zegarek gubił tętno. A zdarzało się to dość często – wystarczyło przebiec np. w okolicy torów tramwajowych i nagle czas stawał w miejscu. Na treningu pal sześć… Ale na pierwszych startach wyłem z wściekłości. Nawet nie przypuszczałem, że właśnie zaczynam

REKLAMA
wyścig zbrojeń
Zacznijmy od tego, że nie jestem gadżeciarzem. Sprzęt ma służyć, ma pracować. Ma być wygodnie i funkcjonalnie. Zaorałem kilkanaście, może 20 par butów biegowych wszelkich marek. Mam trzeci pulsometr z GPS-em tylko dlatego, że pierwszy niechcący rozjechałem samochodem, a drugi… ładnie wyglądał, ale był mało funkcjonalny. Na przykład w czasie deszczu dotykowy panel przełączał się z każdym uderzeniem kropli. Bolesna nauczka kosztowała mnie wtedy prawie 1500zł. Zanim kupiłem sprzęt, z którego korzystam teraz – przetestowałem trzy wysokie modele najpopularniejszych producentów.
Wybór butów to też wyzwanie. Choć mam swoje ulubione modele konkretnych producentów, to oferta, która teraz jest dostępna i coraz to nowe numerki przy znanych seriach butów sprawiają, że wciąż trzeba szukać. Nie kupię, póki nie założę. Przede mną „Bieg Rzeźnika” (80km po Bieszczadach) – projekt, w którym nie ma miejsca na pomyłki. Ostatnie kilka tygodni byłem utrapieniem warszawskich sklepów z butami biegowymi. Mierzyłem, porównywałem i wciąż nie byłem zadowolony. W końcu po starej znajomości postanowiłem pójść do Artura – kumpla, którego poznałem jeszcze w poprzednim tysiącleciu, kiedy obu nam się wydawało, że chcemy wygrać wyścig szczurków w korporacjach. Na szczęście „okres błędów i wypaczeń” za nami, obaj odnaleźliśmy swe powołanie na obrzeżach sportu. Ja trenuję, a Artur założył świetny sklep biegowo-triatlonowy – Sport-guru (serdecznie polecam ;) ). Tuż przed otwarciem sklepu o 12:00 zaczaiłem się pod jego drzwiami z jedną misją. „Nie wyjdę bez butów, w których dam radę na Rzeźniku”
To było pierwsze zdanie jakie usłyszał ode mnie Artur. Załatwiłem odbiór dzieci ze szkoły, więc mogłem siedzieć do wieczora. Choćbym miał założyć każdy but męski i damski – wiedziałem, że nie mogę sobie pozwolić na błąd. Muszę wybrać idealnie. Tym bardziej, że moja szafka na buty właśnie doszła do momentu, że witałem ją słowami „nie mam co na siebie włożyć”. New Balance, inov8, Saucony, Brooks, Asics, Nike… Numer taki, pół numeru większe (stopa spuchnie na pewno po kilkunastu godzinach w górach), numer większe… Zaopatrzony w termos i kanapki, byłem zdesperowany. Rozpocząłem więc testowanie cierpliwości sprzedawców. Po godzinie mierzenia zostały 3 modele – New Balance 610, Saucony Peregrin i Brooks Cascadia. Biegałem po bieżni, wskakiwałem na schody, szukałem w butach słabych punktów, ale takich nie było. Rozsznurowywałem i zawiązywałem na nowo. Luźniej, mocniej, inaczej… Wiadomo, że jeszcze się będą musiały ułożyć w treningach, ale mając już pewne doświadczenie – musiałem wybrać. Decydowały detale. A właściwie zdecydował detal. Coś co ja nazwałem
„efektem kapcia”,
czyli komfort stopy. Do tego dorzuciłem kompresyjne spodenki i skarpetki. Mam jeszcze ponad miesiąc na ułożenie tego sprzętu pod siebie.
Bilans wyjazdu bardzo na plus. Pomimo 30-tu kilometrów, które musiałem zrobić, żeby dojechać do sport-guru na Gocław i prawie 2 godzin w sklepie – wreszcie wybrałem najważniejszą część rzeźnickiego ekwipunku. Komańczo, przybywam!