W połowie lat 90-tych poznałem Briana. Skontaktowała nas nasza wspólna znajoma. Obaj szukaliśmy native speakera. Dzieliło nas bardzo wiele – on facet pod sześćdziesiątkę, ja – dwudziestokilkulatek, on przyjechał do Polski kierować oddziałem wielkiej agencji reklamowej, ja byłem początkującym konsultantem.
REKLAMA
Spotykaliśmy się na dwie godziny i realizowaliśmy usługę barterowo – godzinę gadaliśmy po polsku, godzinę po angielsku. Przy piwie – jedna kolejka polskiego, druga – irlandzkiego.
To był czas, kiedy uczyliśmy się w Polsce biznesu, podstaw. Odkrywaliśmy to co dla takich Brianów było oczywiste od lat. Na tych lekcjach korzystałem więc podwójnie. Myślę, że nawet większy wpływ niż poprawne angielskie zwroty wywarło na mnie to czego mogłem się wtedy od niego dowiedzieć z perspektywy CEO. Na przykład taki drobiazg, że rekrutując – miał bardzo ważną zasadę: „Kiedy zatrudniam nowego pracownika, muszę być pewny, że jest w czymś ode mnie lepszy. Słabszych nie potrzebuję. Nawet jeśli jest to recepcjonistka, to musi choćby lepiej pisa na komputerze ode mnie”. Wtedy – wydało mi się to zgrabnym zdaniem. Ale z każdym rokiem własnej pracy rozumiałem coraz głębsze poziomy takiego leadershipu. Poza oczywistymi – jak budowanie organizacji o wysokich kompetencjach, po dużo głębsze, filozoficzne założenie dotyczące budowania motywacji pracownika, który buduje swoją wartość w oparciu o to w czym naprawdę jest dobry. Wtedy wśród menedżerów na naszym rynku dominował nakazowo-rozdzielczy model zarządzania. Z naciskiem na nakazowo. Brian – ze swoją otwartością, zachwytem nad tym, co każdy mógł wnieść do jego firmy wydawał się na tym tle lekkim szaleńcem. Nie tylko deklarował, ale też robił tak jak mówił. To właśnie on zrobił mi najlepsze szkolenie z przywództwa. Myślę, że w dużym stopniu dzięki tamtym lekcjom – w mojej głowie „Umiejętność wykorzystania potencjału pracowników” jest kluczową kompetencją menedżerską.
Thank you from the mountain, Brian ;)
To był czas, kiedy uczyliśmy się w Polsce biznesu, podstaw. Odkrywaliśmy to co dla takich Brianów było oczywiste od lat. Na tych lekcjach korzystałem więc podwójnie. Myślę, że nawet większy wpływ niż poprawne angielskie zwroty wywarło na mnie to czego mogłem się wtedy od niego dowiedzieć z perspektywy CEO. Na przykład taki drobiazg, że rekrutując – miał bardzo ważną zasadę: „Kiedy zatrudniam nowego pracownika, muszę być pewny, że jest w czymś ode mnie lepszy. Słabszych nie potrzebuję. Nawet jeśli jest to recepcjonistka, to musi choćby lepiej pisa na komputerze ode mnie”. Wtedy – wydało mi się to zgrabnym zdaniem. Ale z każdym rokiem własnej pracy rozumiałem coraz głębsze poziomy takiego leadershipu. Poza oczywistymi – jak budowanie organizacji o wysokich kompetencjach, po dużo głębsze, filozoficzne założenie dotyczące budowania motywacji pracownika, który buduje swoją wartość w oparciu o to w czym naprawdę jest dobry. Wtedy wśród menedżerów na naszym rynku dominował nakazowo-rozdzielczy model zarządzania. Z naciskiem na nakazowo. Brian – ze swoją otwartością, zachwytem nad tym, co każdy mógł wnieść do jego firmy wydawał się na tym tle lekkim szaleńcem. Nie tylko deklarował, ale też robił tak jak mówił. To właśnie on zrobił mi najlepsze szkolenie z przywództwa. Myślę, że w dużym stopniu dzięki tamtym lekcjom – w mojej głowie „Umiejętność wykorzystania potencjału pracowników” jest kluczową kompetencją menedżerską.
Thank you from the mountain, Brian ;)
