Od dawna nie mam telewizora. Nie jest mi potrzebny. Na większość telewizyjnej produkcji zwyczajnie szkoda czasu. To co mnie interesuje – coraz częściej mogę obejrzeć w formule VOD. Jedną z perełek jest program „Undercover boss” (polski tytuł „Szef jak szpieg”). Niestety akurat BBC Knowlege nie udostępnia go w sieci. Dlatego skrupulatnie korzystam z okazji gdy odwiedzam mamę, która telewizor posiada i oglądam, szukam nowych perełek.

REKLAMA
O co chodzi w „Undercover boss”? Prezes firmy incognito podejmuje pracę w różnych działach swojej firmy. Poznaje problemy pracowników, opinie Klientów i rzeczywiste problemy z jakimi boryka się jego organizacja. Genialnie prosty pomysł, trochę podreżyserowany, amerykańsko ckliwy. Ale dający wiele do myślenia. W ten weekend obejrzałem odcinek z prezesem firmy hydraulicznej Roto Rooter. Jeśli chodzi o fabułę – odcinek jak każdy. Prezes poznaje trud i niedogodności pracy w swojej firmie. Przepycha wanny, rury, przyjmuje zgłoszenia od Klientów. Z większość codziennych zadań jakie wykonują jego pracownicy radzi sobie słabo. Na koniec zaprasza bohaterów, którzy kierowali jego pracą do centrali i po ujawnieniu swej tożsamości nagradza ich adekwatnie do ich jakości pracy i Ale były w całym odcinku dwie perełki – drobiazgi, które zwróciły moją uwagę.
(1) Candace – pracownica call-centre przyjmująca zgłoszenia instruuje szefa z pasją: „Kocham moich Klientów. Musimy zrobić wszystko żeby wybrali nas. Kiedy odbierasz od nich telefon chcą żebyś był ich bohaterem”
Genialnie proste oddanie postawy pro klienckiej. Autentyczne. Dziewczyna nie narzeka, że za mało zarabia, że ma w życiu bardzo pod górkę (polecam obejrzenie całego odcinka). Tylko całą sobą pokazuje, że rozumie jaki jest sens jej pracy.
(2) Henry – pracownik usuwający awarię u Klienta (pracuje w Roto Rooter od 3 lat) pytany o to gdzie pracował wcześniej odpowiada: „Ostatnio byłem specjalistą od instalacji przy budowie statków”. Bez nadęcia, bez złości. Z oczywistym podtekstem: „nie było pracy w stoczni, to się przebranżowiłem”.
Życzyłbym nam wszystkim takich prostych, oczywistych odpowiedzi na proste pytania. Taki drobny wkład w PKB. Nie na poziomie wielkiego biznesu, surowców i rynku kapitałowego. Ale na poziomie mikro. Na poziomie przeciętnego Kowlaskiego.
PS.
A swoją drogą - ciekaw jestem czy któryś z polskich prezesów byłby gotowy na takie doświadczenie jakie jest udziałem jego amerykańskich odpowiedników.