Kilka lat temu na starcie Maratonu Warszawskiego stawało niewiele ponad 1000 osób. Dziś – około 5 tysięcy. Światowe stolice mają imprezy nawet 30 tysięcy biegaczy. Na starcie zerowego „dzikiego” maratonu w Lublinie – stanęły czterdzieści trzy osoby. Kolejne województwo ma swój maraton.
REKLAMA
„Dziki” był próbą generalną przed tym co ma się zdarzyć za rok. Sprawdzeniem trasy, możliwości organizacyjnych, ale też formą podziękowania wszystkim zapaleńcom, którzy wymyślili i wspierali ideę organizacji biegu w Lublinie. Impreza wyjątkowa w swej kameralności (jeszcze) i w braku rywalizacji (jeszcze). Wyjątkowa, bo połączona terminowo z Nocą Kultury. To jest ogromny potencjał mariażu sportu i sztuki. Nawiązanie do coubertinowskiej idei olimpijskiej. Przecież przed II wojną światową przyznawano medale olimpijskie w dziedzinach artystycznych.
Co sprawia, że niektóre biegi są kultowe? Serdeczna atmosfera, organizatorzy zaangażowani całym sercem i to nieuchwytne coś. Z dumą mogę powiedzieć, że miałem okazję uczestniczyć w takim właśnie wyjątkowym wydarzeniu – w narodzinach maratonu, który ma szansę być kultowy. Jak napisał radny miasta Świdnik – Jakub Osina – „Mam dziwne wrażenie, że Dziki Maraton wywołał lawinę, której nie da się już zatrzymać”. Do tej pory Lublin był największym polskim miastem bez biegu na dystansie 42km 195 metrów. Biegnąc pustymi niemal ulicami – dało się to odczuć. Zainteresowanie przechodniów mieszało się z zawstydzeniem, zdziwienie z podziwem. Nie było najmniejszego aktu niechęci. Nawet kierowcy – w miastach maratońskich niezwykle nieprzychylni – tutaj pozdrawiali biegnącą grupkę i cierpliwie czekali w korku.
Co sprawia, że niektóre biegi są kultowe? Serdeczna atmosfera, organizatorzy zaangażowani całym sercem i to nieuchwytne coś. Z dumą mogę powiedzieć, że miałem okazję uczestniczyć w takim właśnie wyjątkowym wydarzeniu – w narodzinach maratonu, który ma szansę być kultowy. Jak napisał radny miasta Świdnik – Jakub Osina – „Mam dziwne wrażenie, że Dziki Maraton wywołał lawinę, której nie da się już zatrzymać”. Do tej pory Lublin był największym polskim miastem bez biegu na dystansie 42km 195 metrów. Biegnąc pustymi niemal ulicami – dało się to odczuć. Zainteresowanie przechodniów mieszało się z zawstydzeniem, zdziwienie z podziwem. Nie było najmniejszego aktu niechęci. Nawet kierowcy – w miastach maratońskich niezwykle nieprzychylni – tutaj pozdrawiali biegnącą grupkę i cierpliwie czekali w korku.
Do grupki maratończyków dołączali w umówionych punktach kolejni biegacze. Po połówce, na 10 i na 5 kilometrów przed metą. Na finiszu na Błoniach u stóp Zamku było nas już około 130 osób. Uśmiechniętych, życzliwych, mniej lub bardziej zmęczonych. Ale przeszczęśliwych.
Do zobaczenia za rok!
