Żyjemy w świecie coraz bardziej homogenicznym. Lokalne koloryty są tylko przyprawą, a nie daniem głównym. Restauracje regionalne zajeżdżają „cepelią”.

REKLAMA
Kilka lat temu pracując przy projekcie dla dużej sieci sklepów objeżdżałem kolejne centra handlowe. Każda hala wyglądała tak samo. Z jednej strony food-court, po środku duży sklep spożywczy itp. Itd. Codziennie to samo, codziennie w tych samych przestrzeniach. Te same sklepy, tak samo ubrani ludzie…
Dzień świstaka przeżywałem jednak w hotelu. Częstochowa, Zabrze, Łódź, Poznań… W każdym kolejnym mieście – ten sam pokój. Ten sam zapach. Te same hole, to samo śniadanie… Budziłem się rano parafrazując tytuł starej komedii: „Jeśli dziś jest czwartek, to znaczy, że jesteśmy w Poznaniu…”.
W każdym mieście, w każdym regionie te same stacje radiowe, te same sieciowe kawiarnie i fast-foody. Ta sama pewność, że nie trafisz na nic nowego, zaskakującego. W końcu – jak celnie zauważył inżynier Mamoń – lubimy te piosenki, które już słyszeliśmy.
Żyjemy w świecie coraz bardziej homogenicznym. Lokalne koloryty są tylko przyprawą, a nie daniem głównym. Restauracje regionalne zajeżdżają „cepelią”. Pamiątki – produkowane w Chinach – różnią się tylko napisem „Sopot” lub „Zakopane”. Emocje wszędzie dostajemy takie same. Opakowane w te same jednorazówki. Coraz mniej nas zaskakuje w coraz bardziej jednorodnym świecie.