Wielki sukces nasączył się wielką tragedią. To nie łyżka dziegciu, to całe wiadro. Tomasz Kowalski i Maciej Berbeka zginęli w rzeczywistości, która była stworzona z ich marzeń. Ich nazwiska są w mediach odmieniane przez wszystkie przypadki. Na dalszy plan zeszli Ci, którym ta wyprawa udała się od początku do końca – Adam Bielecki i Artur Małek.

REKLAMA
Wciąż nie mogę się pogodzić z tym co się stało na Broad Peak. Tak, wiem, że to ryzyko wkalkulowane w ten wyczyn. Tak, wiem, że wszyscy uczestnicy wyprawy byli świadomi tego na co się porywają. Ale od kilku dni co chwila wracam myślami w masyw Karakorum. Ja zimowego wspinania ledwie liznąłem w Tatrach. Brak mi kompetencji do oceny czegokolwiek w tej wyprawie. Jestem tylko absolutnie pewien, że wysiłek znacznie przekracza to do czego przyzwyczaiłem się podczas maratonów. Nawet nie chcę sobie tego wyobrażać… Mogę tylko podziwiać odwagę, determinację i umiejętności tych, którzy doszli tak daleko.
Wielki sukces nasączył się wielką tragedią. To nie łyżka dziegciu, to całe wiadro. Tomasz Kowalski i Maciej Berbeka zginęli w rzeczywistości, która była stworzona z ich marzeń. Ich nazwiska są w mediach odmieniane przez wszystkie przypadki. Na dalszy plan zeszli Ci, którym ta wyprawa udała się od początku do końca – Adam Bielecki i Artur Małek. To nie ich nazwiska są symbolem tej wyprawy. Złapałem się na prostym skojarzeniu „Broad Peak” – „Berbeka i Kowalski”. Niestety.
Tragedia miała kilka kręgów. Pierwszy – najintensywniejszy w Karakorum. W głowach i sercach tych, którzy z każdą godziną coraz bardziej byli pewni tego się stało. Drugi – równie intensywny, choć oddalony w czasie i przestrzeni – w świadomości bliskich zaginionych himalaistów. Trzeci – w środowiskach, w których funkcjonowali. Wśród ludzi, z którymi zaginieni wspinali się, biegali… I wreszcie czwarty – dostępny dla wszystkich krąg medialny.
Przez te kilka dni staliśmy się znowu wszyscy ekspertami. Tym razem w kwestii organizacji wypraw w Himalaje. Niemal każdy komentator doskonale wie co poszło nie tak, co należało zrobić, czego nie robić. Ja cholera nie wiem. I raczej nie będę wiedział. Pomimo tego masywy Karakorum stały się dla wszystkich mnie do bólu realne. Dużo bardziej realne niż wirtualny premier z tabletu. Nawet będąc zaledwie gdzieś na granicy trzeciego i czwartego kręgu tej tragedii.