Właśnie przebiegłem Półmaraton Warszawski. Właściwie to przytruchtałem, ale powrót po kontuzji okazał się być znacznie dłuższy niż sądziłem. Piąty raz stanąłem na starcie tego pięknego wiosennego biegu. Piąty raz dobiegłem do jego mety. 3 razy ukończyłem też pełny Maraton Warszawski. Historia ostatnich lat pokazuje jak wizja, konsekwencja w działaniu i uczenie się na swoich błędach przynosi sukces.

REKLAMA
Jeszcze kilka lat temu Maraton i Półmaraton Warszawski były małymi lokalnymi imprezami. W najgorszym okresie – biegacze biegali po alejkach Parku Saskiego. Startowało niewiele ponad 1000 osób. W największym kryzysie imprezy biegacze wzięli sprawy w swoje ręce – powstała fundacja, która sprawuje pieczę nad tymi imprezami. Kilka lat konsekwentnego rozwoju doprowadziły do tego, że dziś Półmaraton jest imprezą na poziomie światowym. Jak się okazało można to osiągnąć bez udziału najlepszych Kenijczyków. Bez rekordów sportowych. Za to z rekordem frekwencyjnym. Na mecie biegu, który liczył 21km 97m zameldowało się ponad 7000 biegaczy. Dotychczas podobną frekwencję w Polsce miały tylko biegi na dystansie 10km. Organizacyjnie – skala trudności nieporównywalna.
Sukces frekwencyjny to jedno. Ważne, że za tym sukcesem poszedł sukces organizacyjny. Impreza rośnie i pięknieje. Jesienią trasa maratonu była poprowadzona przez Łazienki, teraz trasa półmaratonu wiodła m.in. zamkniętym na co dzień terenem Cytadeli, a finisz był przy Stadionie Narodowym. Mnie ujęła zaś inna rzecz – kompleksowe myślenie o tym jak ułatwić życie uczestnikowi imprezy. Już przy odbiorze pakietu startowego – dojście do biura zawodów było oznaczone już kilkaset metrów wcześniej. Bardzo sprawne wydawanie pakietów – choć Centrum Olimpijskie zaczyna już być za małe dla tej imprezy. Ale największą innowacją był start. Nie wchodząc w techniczne szczegóły – udało się uniknąć największego problemu na wielkich imprezach – korka na pierwszych kilometrach (mieliśmy tylko 2 pasy szerokości mostu do dyspozycji) oraz ustawiania się przez wolniejszych zawodników z przodu. Na starcie – również ze względu na most – czułem się niemal na maratonie w Wiedniu. Tam na początku wbiegam y na Reichsbrucke. A to jeden z najlepszych wzorców.
Półmaraton Warszawski stał się imprezą komercyjną. W najlepszym tego słowa znaczeniu . Jest grupa biegaczy, dla których ta skala trudna do zaakceptowania. To już nie te czasy, kiedy znało się niemal pół „peletonu”. Jako biegacze przestaliśmy być wyjątkowi. Mamy za to prawdziwą masowość sportu. Fundacja Maraton Warszawski więcej zrobiła dla popularyzacji masowego ruchu na świeżym powietrzu i zdrowia Polaków niż Ministerstwo Sportu i Turystyki.
A teraz wracamy do treningu!