O kilkunastu lat pracuję na swoim. W sumie „na etacie” spędziłem może z rok. Balansuję gdzieś na granicy pomiędzy jednoosobową działalnością gospodarczą, a prywatnym przedsiębiorcą. W ciągu tych kilkunastu lat nie miałem ani razu czasu pójść „na chorobowe”.

REKLAMA
Dla mnie „chorobowe” to strata. Nie pracuję – nie zarabiam. Kiedy rodził się mój młodszy syn – jedyny raz odwołałem szkolenie – poniosłem konkretny koszt. Wieczorem po porodzie i tak wyjechałem na drugi koniec Polski, bo na kolejną utratę zarobków pozwolić sobie nie mogłem. Banalnie proste. Urlop? Ile chcę. Bezpłatny oczywiście. Emerytura? Hahaha… Jakieś świadczenia? Ochrona? Wsparcie Państwa wobec niesolidnego płatnika? Wręcz przeciwnie. Urzędnika to nie obchodzi czy przelew dostanę w terminie czy z półroczną obsuwą. Podatek dochodowy i VAT muszę uregulować natychmiast. Mam zlecenia czy nie mam – ZUS-u też to nie interesuje. Zarejestrowałeś działalność? To płać! Za chwilę nawet 3.000zł miesięcznie.
To właśnie ja powinienem strajkować, protestować pod Kancelarią Premiera, Sejmem. Jako JDG nie mam żadnych praw. Ani do wcześniejszej emerytury, ani do deputatu, trzynastki, czternastki. Nie mam okresów ochronnych, okresu wypowiedzenia. Mam nielimitowany czas pracy, za nadgodziny nikt mi ekstra nie zapłaci. Nie mam w aucie tachografu – muszę czasem wsiąść po dniu pracy w Szczecinie i dojechać do Zakopanego. Ale ja nie mam czasu na strajkowanie. Wolę coś robić, wolę działać. Wolę zarabiać.
Jedyne czego oczekuję, to żeby mi nikt w tym nie przeszkadzał. Żeby stwarzał przestrzeń. Żeby system był dla mnie, a nie ja dla systemu. Chcę tylko móc działać.