Arsenal rozgromił w niedzielę Tottenham 5:2. Zaliczył wspaniały comeback od 0:2 i pokonał rywala w derbach północnego Londynu. Ale co z tego?

REKLAMA
Nic! To i tak kolejny katastrofalny sezon "Kanonierów". Pora rozliczyć się z sukcesów. A tych drużyna Arsene'a Wengera nie ma od siedmiu lat! To nie do pomyślenia w klubie, który uważa się za jeden z największych na świecie. To jakaś niesamowita sytuacja, że włodarzom Arsenalu brakuje jaj, aby pozbyć się francuskiego szkoleniowca. Kiedyś nazywani "The Invincibles" (niezwyciężeni). Od kilku sezonów do Arsenalu bardziej pasuje przydomek "Nieudacznicy".
Wenger od lat mami wprowadzaniem zdolnej młodzieży do świata wielkiej piłki. Fabregas, Walcott, Clichy, Ramsey, Wilshire, nasz Szczęsny. Wielkie talenty. Tyle, że Arsenal w ostatnich latach zamiast kolekcjonować trofea, bardziej działa jako fabryka gwiazd. Oszlifowałeś diament? Fajnie. Masz kasę i do widzenia. Wszystko przez fakt, że Wenger wbił sobie do głowy dziwną filozofię. Po pierwsze - metodą prób i błędów wolę sam wychować zawodnika niż wydawać grube miliony na "gotowe" gwiazdy. Po drugie - skoro wychowuję, to zawodnik będzie we mnie zakochany, wierny i posłuszny. A do tego będę mu mało płacił (jak na standardy Premier League). Bzdura, która absolutnie się nie sprawdza i doprowadza kibiców Arsenalu do frustracji. Z takimi metodami Wenger może zostać nauczycielem w podstawówce, liceum...Ok, może wykładać na uniwersytecie i tam dopieszczać swoich nierozgarniętych uczniów, ale nie budować drużynę, która co roku powinna walczyć o mistrzostwo Anglii i puchary.
Kolejni piłkarze zaczęli rozumieć, że na Emirates nic nie wygrają, a do tego gdzie indziej mogą zarobić więcej (Toure, Clichy, Fabregas).
Koniec lutego 2011 roku. Arsenal gra w finale Carling Cup z Birmingham City. Zdecydowałem, że pojadę na Wembley. Zobaczę, jak Wojtek Szczęsny wygrywa pierwsze trofeum z Arsenalem. Fajna atmosfera. Tym samym samolotem leci rodzina naszego bramkarza - ojciec, brat i dziadek (po raz pierwszy samolotem). Musi się udać, bo rywal Arsenalu Birmingham City jest słaby. Walczy o utrzymanie (ta sztuka się nie udała), a "Kanonierzy" świetnie radzą sobie na wszystkich frontach. To wreszcie może być sezon Arsenalu. Dupa. Wynik otwierają piłkarze Alexa McLeisha. Wyrównuje Robin van Persie (początek jego genialnej formy, którą kontynuuje do dziś), ale mimo przewagi i okazji podbramkowych, faworyci przegrywają. Laiurent Kościelny + Wojciech Szczęsny = KATASTROFA. Po ich gigantycznej wpadce gola strzela Obafemi Martins i pieczętuje zwycięstwo. To początek równi pochyłej Arsenalu w sezonie 2010/2011. Grali pięknie jak zawsze i przegrali jak zawsze. Zabrakło im jaj, twardego charakteru, chłodnej głowy. Mówiąc ostrzej - odrobiny skurwysyństwa. I tak co rok.
Finał Carling Cup to tylko przykład. Patrząc na ostatnie sześć sezonów tak właśnie wygląda los kibiców Arsenalu. Mogą się cieszyć z pięknej wygranej z Tottenhamem, z rozgromienia Chelsea. Tyle, że na koniec trofea zgarniają inni. Kolejne miejsce na podium w Premier League? Faktycznie - wspaniały sukces, a przecież w tym sezonie nie uda się osiągnąć nawet tego. To tak jakby być najpiękniejszą kobietą świata, materiałem na supermodelkę. Co z tego, skoro na co piątym pokazie zaliczasz glebę na wybiegu. Uroda schodzi wtedy na dalszy plan. Nie umiesz chodzić? Do widzenia! Tak samo jest z Arsenalem. Pięknie grają od lat, ale od lat obchodzą się smakiem. Dopóki działacza nie zrozumieją, że czas Wengera minął - scenariusz może powtarzać się w nieskończoność.