Publiczna wypowiedź Justyny Kowalczyk o swojej chorobie uruchomiła lawinę medialnych diagnoz jej stanu, źródeł kłopotów, zaleceń od psychologów, psychiatrów, trenerów rozwoju osobistego. Chciałem przypomnieć moim kolegom po fachu, że tego typu wypowiedzi są co najmniej nieetyczne i mogą być szkodliwe.
REKLAMA
Podziwiam Justynę Kowalczyk za siłę i branie swojej choroby za rogi. Na pewno pomoże to innym zmagającym się z tą cywilizacyjną przypadłością. Nie zmienia to jednak faktu, że jej wolno publicznie o sobie mówić - nam nie!
Zawód psychologa, psychiatry, a nawet trenera to profesje wymagające zaufania, a więc dochowania tajemnicy. Nie mówiąc już o jakości "medialnych diagnoz", które stawiane są na podstawie kilku wypowiedzi w wywiadzie. Deklaracja etyczna Polskiego Towarzystwa Psychologicznego nie bez powodu zabrania tego typu zachowań.
Po pierwsze - diagnozowanie czyichś zaburzeń wymaga zgody tej osoby. Po drugie zostaje (poza szczególnymi przypadkami) między pomagającym a jego klientem. Po trzecie, publiczne gadanie o czyimś stanie, buduje w społeczeństwie fałszywy obraz psychologów jako osób potrafiących "przeniknąć" kogoś na podstawie 30 sekund kontaktu i wzbudza lęk, co utrudnia innym skorzystanie z pomocy.
Dodatkowo, może to szkodzić rzeczywistej terapii, gdyby taka miała miejsce. Przecież nie wypowiadamy się o parku narodowym, tylko o żywym człowieku, który te wszystkie pseudodiagnozy czyta i może od tego zgłupieć.
W tym konkretnym przypadku akurat nam nie wolno się wypowiadać w sprawie przyczyn, objawów, czynników szkodzących etc. Możemy mówić o samej chorobie, drogach wychodzenia, tym co się dzieje z ludźmi cierpiącymi na depresję w ogóle. Podejrzewam zresztą, że publiczne diagnozowanie nie wynika ze złej woli, nawet z chęci pomocy. Tyle że nie tą drogą koleżanki i koledzy.
