"Tatusiejesz" - przywitał mnie radośnie szwagier na widok kilku kilogramów obywatela więcej, niż wtedy, gdy widzieliśmy się ostatni raz. Od tego czasu udało mi się nieco "odtatusieć", pozostał jednak temat do rozważań. Co jest nie tak z "tatusieniem"? Co jest nie tak w byciu dojrzałym?
REKLAMA
Później sobie pomyślałem, że Szwagier radośnie przywitał moje kilka kilogramów więcej z tego względu, że widział w tym też dobre strony zmian, które w człowieku zachodzą. To mnie się "źle skojarzyło". Bo w sumie - żyję w otoczeniu ludzi biegających na potęgę, nie robiących prawa jazdy i korzystających z roweru. Freelancerów, nie pracujących na stałe w jakimś zespole. Zaręczających się około 30, decydujących się na dzieci jeszcze później. Rozwodzących się w rok po ślubie - po pierwszym poważniejszym kryzysie. Zwiedzających świat przez rok - zamiast pracować. Tułających się po stażach, umowach zleceniach. Mających spore kłopoty z wzięciem odpowiedzialności za swoje własne działania, a co dopiero za pracę innych. Można by tak długo, a żeby nie było - mnie również część tego opisu dotyczy. Mam jednak wrażenie, że mojemu pokoleniu, a następnym to już zwłaszcza, towarzyszy swego rodzaju lęk - nie przed starością, a przed dojrzałością.
Dużo zjawisk naraz, wrzuconych do jednego wora. To, co je łączy, to pewien "rys niedojrzałości" - życia bez zobowiązań - również finansowych, osobistych, zawodowych. Bycie w taki sposób, by zawsze się można było wycofać.
Jasnym jest, że są dobre strony z biegania, używania roweru, podróżowania. Sam ich doświadczam. Mam wrażenie, że bardzo wydłuża nam się okres "bycia na starcie". Do tego stopnia, że przekształca się w styl bycia, modę, do której aspirują nawet osoby dojrzałe. Odwraca się nam obiekt aspiracji - w dużym uproszczeniu: starsi naśladują młodych, a nie młodzi - starych.
Istotny jest tu aspekt zawodowy. Nie mogę słuchać już lamentu, zwłaszcza związkowców i ekonomistów - jak to straszną jest sytuacja, w której nie ma umów o pracę dla młodych ludzi. Próbował ktoś systemowo pomyśleć, że być może to jest tak, że stan ten nie wynika tylko z pazerności pracodawców, chcących oszukać młodego człowieka i ZUS. Sam ostatnio zatrudniałem kilku nowych pracowników. I okazywało się, że na przykład, że to, że ktoś podpisał umowę nie oznacza, że czuje się zobowiązany do przyjścia do pracy dnia następnego, ani nawet do poinformowania, że się rozmyślił. I dlatego w mojej firmie są na początek umowy zlecenia - 3 miesiące są okresem, w którym jako tako można określić, czy ktoś jest przynajmniej odrobinę poważny. A wracając do myślenia systemowego: może być tak, że nie ma poważnych ofert pracy dla młodych ludzi dlatego, że brakuje dla nich pracy. Może być jednak i tak, że brakuje poważnych ofert pracy dla młodych ludzi, bo... nie są poważni. Na tyle, by chcieć się z nimi wiązać umową o pracę. I pewnie obie hipotezy systemowe są prawdziwe naraz.
Patrząc na przestrzeń medialną, zwłaszcza jej histeryczny wymiar: olaboga - znowu zła matka czy ojciec; olaboga - Rosja już nas prawie zniszczyła itd - nikt nie adresuje wypowiedzi do zdroworozsądkowo patrzących na świat ludzi, mających swoją odpowiedzialność, zadania, trzeźwo stojących na ziemi. Takich po prostu dojrzałych. Czy to oznacza, że nas (bo się w zasadzie poczuwam) praktycznie nie ma? Halo, jest tam kto?
