Na własne życzenie stopniowo pozbawiamy się zdolności do budowania wspólnoty. Zaprzęgamy nowoczesne technologie by do minimum ograniczać kontakty z innymi ludźmi. Gotujemy sobie los mrówek, które pojedynczo nie mają absolutnie żadnego znaczenia i mogą być dowolnie poświęcane dla dobra "mrówczego ogółu". A szkoda...
REKLAMA
Zadziwiające, na jak wiele sposobów zorganizowane może być życie społeczne ludzi. Potrafimy sobie jakoś ułożyć życie w pierwotnej strukturze plemiennej, średniowiecznym królestwie, demokracji, państwie totalitarnym. W każdym z tych społeczeństw relacje międzyludzkie oparte są nie tylko o różne zasady, ale także głębokie rozumienie na czym polega istota społeczeństwa, co reguluje stosunki międzyludzkie, opis tego jak ma wyglądać spotkanie człowieka z człowiekiem, aż po rozumienie tego, co możemy sobie nawzajem dawać.
Społeczeństwa te różnią się także głębokością podstawowych relacji międzyludzkich oraz ich znaczeniem dla zaspakajania potrzeb. Na przykład - by przeżyć w PRL-u "znajomości" były czynnikiem niezbędnym - pozwalały na to, by mieć dostęp do podstawowych dóbr.
Dzisiaj, w 2014 roku, praktycznie z dnia na dzień spada liczba miejsc, w których kontakt z innym człowiekiem jest jeszcze do czegoś potrzebny. Kilka dni temu zatrzymałem się w restauracji o nazwie z imieniem byłego premiera. Będąc w środku zamówiłem za pomocą terminala wybrany posiłek, zapłaciłem za niego kartą, wydrukowałem numerek i czekałem, aż na ekranie pojawi się "048". Jedyne słowo, które wypowiedziałem podczas całego postoju to "dziękuję", choć w zasadzie nie było ono konieczne. Pan obok mnie się nawet nie silił.
Dzisiaj, w 2014 roku, praktycznie z dnia na dzień spada liczba miejsc, w których kontakt z innym człowiekiem jest jeszcze do czegoś potrzebny. Kilka dni temu zatrzymałem się w restauracji o nazwie z imieniem byłego premiera. Będąc w środku zamówiłem za pomocą terminala wybrany posiłek, zapłaciłem za niego kartą, wydrukowałem numerek i czekałem, aż na ekranie pojawi się "048". Jedyne słowo, które wypowiedziałem podczas całego postoju to "dziękuję", choć w zasadzie nie było ono konieczne. Pan obok mnie się nawet nie silił.
Przykładów sytuacji, w których do niedawna z kimś się komunikowaliśmy, a dziś już nie musimy, jest znacznie więcej. Mieszkając w mieście, w którym stoi hipermarket znanej brytyjskiej sieci, zwykłe zakupy spożywcze można sobie zamówić. Zatankować na stacji benzynowej bez pracowników. Ba - nawet złożyć PIT-a w "pitomacie" w urzędzie skarbowym.
Innym przejawem zjawiska "odrelacyjniania relacji" jest "umowizacja".
Innym przejawem zjawiska "odrelacyjniania relacji" jest "umowizacja".
Nie widziałem na ten temat danych, ale założę się, że liczba podpisywanych umów na "cokolwiek" jest dzisiaj wielokrotnie wyższa niż 15 lat temu. Niedługo kupienie loda będzie się wiązało z podpisaniem umowy, w której będziemy deklarować, że rezygnujemy z roszczeń tytułem bolącego gardła.
Co raz bardziej dążymy do sytuacji, w której unikamy jakichkolwiek relacyjnych zależności. Uciekamy z miejsc, w których nasz los ma zależeć od arbitralnej decyzji kogokolwiek innego. Na wszystko mają być procedury, które mają nas chronić przed nadużyciami - nawet w szkołach, szpitalach. Sytuacja, w której o naszym losie rozmawiamy z osobą więcej od nas wiedzącą napawa nas lękiem.
Kilka lat temu uczestniczyłem w zajęciach szkoły rodzenia. Jedna z uczestniczek usiłowała za wszelką cenę dowiedzieć się wszystkiego o tym, co wpływa na podejmowanie przez lekarza takich czy innych decyzji. Nie po to, by mieć rozeznanie, ale po to, by lepiej wiedzieć od medyka. Miała zaplanowany w najmniejszym szczególe swój poród tak, by tylko ona o wszystkim decydowała. Zupełnie tak, jakby podstawowym zadaniem położnika było oszukiwanie jej.
Powyższe przykłady ilustrują, co się dzieje, gdy zanika wspólnotowość oparta o relacje interpersonalne. Z braku doświadczania pozytywnego wpływu innych na nas - na przykład sytuacji, w której nam ktoś pomógł - zaczynamy postrzegać innych jako zagrożenie. W każdej relacji można coś stracić, więc lepiej ich unikać.
Z wielką przyjemnością oddajemy maszynom "zarządzanie" naszymi relacjami. Żeby uprawiać z kim seks wystarczy aplikacja, która odnajdzie inną aplikację u osób w pobliżu, które też mają ochotę. Potem "klik" i gotowe.
Konsekwencją tego uciekania od kontaktów z innymi na rzecz ich proceduralizacji i automatyzacji jest organizowanie się ludzkich struktur na podobieństwo mrowisk czy rojów. Pojedyncze osobniki nie wchodzą ze sobą w relacje. Spotykając się przekazują sobie sygnały chemiczne. O zachowaniach całej rodziny decyduje przewaga liczebna sygnałów wskazujących na przykład na niebezpieczeństwo. Wtedy mrówki atakują to, co obce.
Z nami zaczyna dziać się podobnie. "Lajkowanie na fejsie" jest dosyć analogicznym procesem. Nieraz dziennikarze jako dowód popularności jakiejś inicjatywy podają liczbę polubień na tym serwisie. Rewolucje dokonujące się na naszych oczach nie mają "bohaterów". Nie stoją za nimi organizacje, liderzy, a raczej na krótko wzbudzony "tłum twitterowy".
W roju jesteśmy anonimowi - nie potrzebujemy mieć głębszych relacji z innymi, bo nasze potrzeby bytowe załatwimy za pomocą aplikacji. Nie musimy się z kimś dobrze znać. Wchodzić we wzajemne zależności, które kojarzą się niestety z cierpieniem związanym z zależeniem od innych. Nie potrafimy korzystać z dobrodziejstw, jakie może dać wspólnota - bezpieczeństwa, zaufania, przyjaźni, wsparcia w kryzysach - bo nie potrafimy zbudować wspólnoty. Zamiast tego - zostajemy mrówkami, które reagują na sygnały z komputera.
Nie chodzi o to, że różnego rodzaju urządzenia to coś złego - wnoszą wiele wygody do naszego życia. Jednak zastępując nimi kontakty interpersonalne - tracimy lub nie wyrabiamy sobie w ogóle, umiejętności potrzebnych do budowania wspólnoty: nawiązywania kontaktu, rozmów na trudne tematy bez agresji, omawiania współpracy czy podtrzymywania więzi. A bez tego bardzo łatwo o wzajemne przedmiotowe traktowanie się, przemoc, samotność.
Tak więc - czy na pewno warto?
