Najwięcej emocji w dyskusjach na temat ostatnich wyborów pojawia się, gdy któraś strona zabiera się za interpretowanie działań drugiej. Na przykład, że działania Kaczyńskiego stanowią podważanie podstaw demokracji, gdyż są atakiem na instytucje państwa. Że lemingi padają ofiarą własnej ślepoty, lenistwa i naiwności - w ogóle nie dopuszczając możliwości fałszerstwa wyborczego. Widzę to sam po sobie - zarówno interpretuję, jak i bywam interpretowany.

REKLAMA
Interpretacja w pracy psychologa bywa przydatnym narzędziem. Służy zazwyczaj pomaganiu. Zwłaszcza w psychodynamicznym ujęciu, kłopoty biorą się z tego, że nasze świadome funkcjonowanie "rozjeżdża się" z nieświadomym. Myślimy jedno, czujemy drugie, robimy trzecie, nie dostrzegamy wzorców, które podświadomie realizujemy. Terapeuta pomaga połączyć te obszary dzięki interpretowaniu zachowań, myśli, uczuć.
Nawet jednak w procesie terapeutycznym, dawanie klientowi interpretacji jego zachowań, nie służy zaznajamianiu go z prawdą objawioną, a raczej pełni funkcję zaproszenia do eksplorowania omijanych do tej pory w analizie siebie obszarów.
W terapii - interpretacja ma dużo ograniczeń w swoim stosowaniu. Są podejścia teoretyczne, których zwolennicy odrzucają ją jako przynoszącą więcej szkód niż korzyści. Będąc nawet zwolennikiem tego narzędzia (do tej grupy ja się zaliczam), trzeba sobie zdawać sprawę, że przydaje się ona zwłaszcza wtedy, gdy pomiędzy klientem a osobą go wspierającą zbudowane jest zaufanie. Przynajmniej na tyle, by klient dopuszczał, że nie jest ona wrogim w stosunku do niego działaniem, a narzędziem służącym poprawie jego stanu.
Dyskusja publiczna to nie to samo, co proces wspierania poszczególnych klientów, ale konsekwencje dla relacji osób interpretowanych i interpretujących mogą być podobne. Zacznę od różnic. Jedna z ważniejszych dotyczy generalizowania. W pewnych obszarach funkcjonowania grupy, mniejsze i większe społeczności, mogą funkcjonować podobnie jak jednostki. Opis "leminga" jest opisem grupy, choć kategorie do opisu tego zjawiska pochodzą raczej z psychologicznej, nie socjologicznej diagnozy. Podobnie, gdy mówimy o "narodzie smoleńskim". Wielu ludzi nie odróżnia opisu zjawiska od opisu jednostek. Czytając o lemingach - identyfikując się z ludźmi zaliczanymi do tej kategorii - traktują to jako osobisty atak na siebie. Skoro leming ma wyprany przez wyborczą mózg, a ja nie mam przecież, to znaczy, że autor myśli (swoją drogą pozdrowienia dla Łukasza Mężyka), miał na myśli to, że mój mózg jest wyprany. A mnie przecież nigdy na oczy nie widział - to skąd on to wie?
Inny aspekt dotyczy skośności relacji pomiędzy interpretującym i interpretowanym. Dla wielu osób fakt, że ktoś daje sobie prawo do interpretowania działań kogoś innego, oznacza, że się wywyższa. Albo, że próbuje w ten sposób zademonstrować swoją przewagę. A na pewno - że nie ma się za równego interpretowanemu. Ja sam nie jestem zwolennikiem równości zawsze, wszędzie i w każdej relacji, ale jeśli komuś na tym szczególnie zależy, będzie się denerwował.
Zostaje kwestia intencji. W terapii - terapeuta robi to, by pomóc. A po co robi to na przykład Tomasz Lis? W odbiorze osób uważających się za jego przeciwników, na pewno nie po to, by komuś pomóc.
Mnie osobiście bardzo przeszkadza w naszej dyskusji publicznej, że tak łatwo przechodzimy z poziomu faktów na poziom ich interpretacji. Dyskusja o tym, czy wybory są sfałszowane czy nie, jest w moim odbiorze dyskusją właśnie o tym. Ja jak na razie widzę doniesienia w mediach o brzydkich rzeczach, które wydarzały się podczas wyborów. Sądy potwierdzą, czy opisywane rzeczy miały miejsce - bo to one są od trzymania się faktów. Czy będzie to oznaczało fałszerstwa - czas pokaże. W tym momencie jednak, dyskusja o tym, czy fałszerstwo miało miejsce czy nie - jest przedwczesna. Fakt, że ona się pojawia świadczy o tym, że jest potrzebna do czegoś innego niż ustalenie wydarzeń, choć pewnie ten aspekt jest też istotny.
W treningach psychologicznych, służących rozwojowi umiejętności społecznych, a zwłaszcza współpracy w zespole, interpretacja raczej bywa nieużywana. W jej miejsce używa się komunikatu "ja" - sądzę, wydaje mi się, uważam. Można by tak na próbę:
Nie mam się za osobę naiwną - wiem, że demokracja nie jest ustrojem idealnym. Uważam, że sam fakt, że zostawia on ludziom wolną wolę świadczy o tym, że mogą być osoby, które będą chciały w sposób nielegalny zdobywać władzę. Zwłaszcza, gdy wybory samorządowe to tak naprawdę setki różnych wyborów i wszędzie się coś może wydarzyć. Dopuszczam także jako możliwą sytuację, że osoby na szczytach władzy centralnej będą kombinować tak, by zdobyć nielegalną przewagę nad oponentami. Takie rzeczy się nieraz zdarzały. Uważam, że instytucjami, które mogą rozstrzygać o tym, czy gdzieś nastąpiło fałszerstwo, nie są portale społecznościowe, firmy badające opinie społeczną, a sądy. Myślę także, że jest w porządku alarmowanie, gdy się zauważyło coś nie tak i poszukiwanie innych przykładów nieprawidłowości. Nie wierzę w zorganizowaną działalność mają na celu fałszowanie wyborów w Polsce, ale mieści mi się w głowie, że mogłaby ona mieć miejsce. Dlatego - niech sądy rozsądzą.