No to mamy przyjętą przez Sejm Konwencję o Zapobieganiu i Zwalczaniu Przemocy Wobec Kobiet i Przemocy Domowej. Super. O ile rozwiązania praktyczne, do których się zobowiązujemy są bardzo w porządku, o tyle obawiam się, że warstwa ideologiczna tej Konwencji narobi "dla sprawy" więcej szkód niż przyniesie korzyści.
REKLAMA
Piszę ten tekst z pozycji psychologa od kilkunastu lat zajmującego się problematyką przemocy - nie tylko domowej, ale i szkolnej, występującej w instytucjach i organizacjach. Opracowuję i wdrażam programy "uwalniania" od przemocy małych społeczności, pomagam poszkodowanym przez przemoc. Pracuję także ze sprawcami różnych form przemocy. I skręca mnie jak czytam punkt po punkcie tekst konwencji. Uważam ją za dokument, którego warstwa ideologiczna (bo nie praktyczna) wskazuje tylko jedną przyczynę przemocy w domu: męską dominację. Jest to po pierwsze bardzo stereotypowe, po drugie nieprawdziwe, po trzecie zrażające dla sprawy pomocy poszkodowanym ludzi, którzy w relacjach damsko - męskich widzą nie tylko walkę o dominację. Ale po kolei.
Idąc wbrew zasadzie "nie przeczytałem to się wypowiem" zachęcam Państwa do przeczytania Konwencji. Można też uwierzyć mi na słowo. A widzę to tak.
Konwencja, jako to konwencja, zaczyna się od preambuły. W niej najpierw odwołania do aktów prawnych. Pierwsze po ludzku (wybaczcie prawnicy) napisane zdanie brzmi o tym, że potępiamy wszelkie formy przemocy wobec kobiet i dzieci - brzmi nieźle. Ale już następne głosi, że wdrożenie równości kobiet i mężczyzn ma zasadnicze znaczenie dla zapobiegania przemocy wobec kobiet. Kolejne akapity rozbudowują ten wątek:
- że to przez wieki mężczyźni dominowali nad kobietami
- że podrzędna pozycja kobiet wynika głównie z przemocy wobec nich
- że kobiety i dziewczęta bywają gwałcone, molestowane, zmuszane do małżeństw etc., co jest naruszeniem praw człowieka i przeszkodą w równości.
- że w czasie wojen na masową skalę kobiety są gwałcone
- że kobiety są częściej narażone na przemoc ze względu na płeć niż mężczyźni
- wprawdzie mężczyźni mogą być ofiarami przemocy domowej, ale to kobiety są znacznie częściej
- że dzieci są ofiarami przemocy przez to, że widzą jak mężczyźni biją kobiety
- że dążymy do Europy wolnej od przemocy.
Tyle w preambule.
Bardzo upraszczając (ale nie trywializując problemu): punkty 1-6 mówią o tym, że przemoc bierze się z męskiej dominacji, siódmy że jak dzieci to widzą, to też cierpią, a ósmy, że chcemy równości w Europie.
Konwencja, jako to konwencja, zaczyna się od preambuły. W niej najpierw odwołania do aktów prawnych. Pierwsze po ludzku (wybaczcie prawnicy) napisane zdanie brzmi o tym, że potępiamy wszelkie formy przemocy wobec kobiet i dzieci - brzmi nieźle. Ale już następne głosi, że wdrożenie równości kobiet i mężczyzn ma zasadnicze znaczenie dla zapobiegania przemocy wobec kobiet. Kolejne akapity rozbudowują ten wątek:
- że to przez wieki mężczyźni dominowali nad kobietami
- że podrzędna pozycja kobiet wynika głównie z przemocy wobec nich
- że kobiety i dziewczęta bywają gwałcone, molestowane, zmuszane do małżeństw etc., co jest naruszeniem praw człowieka i przeszkodą w równości.
- że w czasie wojen na masową skalę kobiety są gwałcone
- że kobiety są częściej narażone na przemoc ze względu na płeć niż mężczyźni
- wprawdzie mężczyźni mogą być ofiarami przemocy domowej, ale to kobiety są znacznie częściej
- że dzieci są ofiarami przemocy przez to, że widzą jak mężczyźni biją kobiety
- że dążymy do Europy wolnej od przemocy.
Tyle w preambule.
Bardzo upraszczając (ale nie trywializując problemu): punkty 1-6 mówią o tym, że przemoc bierze się z męskiej dominacji, siódmy że jak dzieci to widzą, to też cierpią, a ósmy, że chcemy równości w Europie.
Powiem Państwu, o jakich mechanizmach prowadzących do przemocy domowej Konwencja nie pisze:
- Przemoc domowa bywa powiązana z funkcjonowaniem różnych członków rodziny (nie tylko mężczyzn) w rolach zbudowanych na przemocy (bohater rodzinny, tyran, poświęcająca się matka etc.) Oznacza to, że niektóre rodziny mają całą swoją konstrukcję opartą o przemoc i daje ona wtórne korzyści nie tylko złemu, dominującemu mężczyźnie, ale i jego, żonie, dzieciom. Oczywiście, każdy członek takiej rodziny wolałby żyć bez przemocy, nie zmniejsza to odpowiedzialności sprawcy, ale sama agresja generowana jest przez cały system, a nie jedną osobę.
- Agresja służy do tworzenia bardzo bolesnej więzi, stawiania granic w rodzinie, budowania granic wobec świata i pełni wiele innych funkcji. Oczywiście - zapewnianie tych potrzeb systemu rodzinnego za pomocą przemocy jest niesamowicie wręcz bolesne, zwłaszcza dla ofiar przemocy. Nie chodzi w niej jednak o dominację, a paradoksalnie o bezpieczeństwo, miłość, więź. Wybieranie agresji do osiągania tych potrzeb wynika w dużej mierze z braku umiejętności zaspokajania ich inaczej. Duże znaczenie ma nauka, którą czerpie się z rodziny, w której się wychowywało. Budowanie własnej, opartej o przemoc, dotyczy nie tylko mężczyzn , ale i kobiet.
- Olbrzymim problemem dla sprawców jest zwykle regulacja emocji, która z dominacją nie ma nic wspólnego. Problem dotyka zwłaszcza mężczyzn, ale nie tylko. Nie mając wzorców wyrażania własnych uczuć, a przeżywając je, wielu z nas albo sięga po używki, albo szuka rozładowywania w agresji.
- Agresja służy do obrony przed depresją. Zdrowszym dla psychiki (chroniącym przed poważniejszymi zaburzeniami) osoby, która na przykład straciła kogoś bliskiego, pracę etc. jest wyładowanie negatywnych emocji na kimś z zewnątrz, niż obracanie ich przeciwko sobie. Stąd zwykła dla czasów kryzysowych tendencja do uaktywniania się ruchów nacjonalistycznych i im podobnych. I zaznaczę, że pisząc "zdrowsza" chodzi mi tylko o fakt występowania zaburzeń zdrowia psychicznego, nie mówię, że to dobre dla świata.
- Agresja pojawia się jako reakcja na frustrację, czyli na postrzegane i rzeczywiste przeszkody. Służy do mobilizacji i działania. Jednak, gdy ze względu na rzeczywiste czynniki zewnętrzne (na przykład po prostu nie ma pracy dla połowy młodych ludzi), sfrustrowana osoba nie może konstruktywnie rozładować swojej frustracji, musi rozładować ja na obiekcie zastępczym: "Żydzie", partnerze, dziecku. Nie mówię tu o tym, czy to dobre, tylko jak skonstruowany jest człowiek.
Mechanizmów prowadzących do agresji jest znacznie więcej. Z szacunku dla Państwa pominę wszystkie socjobiologiczne koncepcje wyjaśniające gwałty potrzebą rozsiewania własnych genów, niemniej jednak kwestie popędów też mają znaczenie.
Wreszcie, jednym z mechanizmów prowadzących do przemocy jest stereotypowe postrzeganie i nierówność z definicji. W tym przypadku sprawca przemocy na ogół stosuje przemoc bo tak jest mu łatwiej i bo tak postrzega swoją męską powinność.
Dziwi mnie, czemu konwencja o tym wszystkim milczy. Nie chcę wchodzić w przypuszczenia, ale jak sami Państwo widzicie - nawet gdyby udało się "wyrównać" płcie - nie ma szans, by zlikwidowało to problem przemocy w domu - pozostałe czynniki dalej zostają.
Prawdę mówiąc sam nie chciałbym żyć w świecie równości kobiet i mężczyzn rozumianym jako "takosamość", ale to już temat na inną dyskusję.
- Przemoc domowa bywa powiązana z funkcjonowaniem różnych członków rodziny (nie tylko mężczyzn) w rolach zbudowanych na przemocy (bohater rodzinny, tyran, poświęcająca się matka etc.) Oznacza to, że niektóre rodziny mają całą swoją konstrukcję opartą o przemoc i daje ona wtórne korzyści nie tylko złemu, dominującemu mężczyźnie, ale i jego, żonie, dzieciom. Oczywiście, każdy członek takiej rodziny wolałby żyć bez przemocy, nie zmniejsza to odpowiedzialności sprawcy, ale sama agresja generowana jest przez cały system, a nie jedną osobę.
- Agresja służy do tworzenia bardzo bolesnej więzi, stawiania granic w rodzinie, budowania granic wobec świata i pełni wiele innych funkcji. Oczywiście - zapewnianie tych potrzeb systemu rodzinnego za pomocą przemocy jest niesamowicie wręcz bolesne, zwłaszcza dla ofiar przemocy. Nie chodzi w niej jednak o dominację, a paradoksalnie o bezpieczeństwo, miłość, więź. Wybieranie agresji do osiągania tych potrzeb wynika w dużej mierze z braku umiejętności zaspokajania ich inaczej. Duże znaczenie ma nauka, którą czerpie się z rodziny, w której się wychowywało. Budowanie własnej, opartej o przemoc, dotyczy nie tylko mężczyzn , ale i kobiet.
- Olbrzymim problemem dla sprawców jest zwykle regulacja emocji, która z dominacją nie ma nic wspólnego. Problem dotyka zwłaszcza mężczyzn, ale nie tylko. Nie mając wzorców wyrażania własnych uczuć, a przeżywając je, wielu z nas albo sięga po używki, albo szuka rozładowywania w agresji.
- Agresja służy do obrony przed depresją. Zdrowszym dla psychiki (chroniącym przed poważniejszymi zaburzeniami) osoby, która na przykład straciła kogoś bliskiego, pracę etc. jest wyładowanie negatywnych emocji na kimś z zewnątrz, niż obracanie ich przeciwko sobie. Stąd zwykła dla czasów kryzysowych tendencja do uaktywniania się ruchów nacjonalistycznych i im podobnych. I zaznaczę, że pisząc "zdrowsza" chodzi mi tylko o fakt występowania zaburzeń zdrowia psychicznego, nie mówię, że to dobre dla świata.
- Agresja pojawia się jako reakcja na frustrację, czyli na postrzegane i rzeczywiste przeszkody. Służy do mobilizacji i działania. Jednak, gdy ze względu na rzeczywiste czynniki zewnętrzne (na przykład po prostu nie ma pracy dla połowy młodych ludzi), sfrustrowana osoba nie może konstruktywnie rozładować swojej frustracji, musi rozładować ja na obiekcie zastępczym: "Żydzie", partnerze, dziecku. Nie mówię tu o tym, czy to dobre, tylko jak skonstruowany jest człowiek.
Mechanizmów prowadzących do agresji jest znacznie więcej. Z szacunku dla Państwa pominę wszystkie socjobiologiczne koncepcje wyjaśniające gwałty potrzebą rozsiewania własnych genów, niemniej jednak kwestie popędów też mają znaczenie.
Wreszcie, jednym z mechanizmów prowadzących do przemocy jest stereotypowe postrzeganie i nierówność z definicji. W tym przypadku sprawca przemocy na ogół stosuje przemoc bo tak jest mu łatwiej i bo tak postrzega swoją męską powinność.
Dziwi mnie, czemu konwencja o tym wszystkim milczy. Nie chcę wchodzić w przypuszczenia, ale jak sami Państwo widzicie - nawet gdyby udało się "wyrównać" płcie - nie ma szans, by zlikwidowało to problem przemocy w domu - pozostałe czynniki dalej zostają.
Prawdę mówiąc sam nie chciałbym żyć w świecie równości kobiet i mężczyzn rozumianym jako "takosamość", ale to już temat na inną dyskusję.
Ale, ale, zagadaliśmy się, wróćmy do Konwencji. Po preambule następuje Artykuł 1 - Cele:
a) Ochrona kobiet przed wszystkimi formami przemocy oraz zapobieganie, ściganie i eliminację przemocy wobec kobiet i przemocy domowej
b) Przyczynianie się do eliminacji wszelkich form dyskryminacji kobiet oraz wspieranie rzeczywistej równości kobiet i mężczyzn, w tym poprzez usamodzielnianie kobiet.
Dalej następują kolejne punkty. Ja skoncentruję się na tym drugim. Z byciem dyskryminowanym bywa tak, że wiele osób, zgłaszających ten problem nie odróżnia swojego przeżywania od działań innych. Ostatnio na antenie mojego ulubionego TOK.FM słyszałem wypowiedź przedstawiciela ruchów gejowskich (nie pamiętam nazwiska), który twierdził, że na spotkaniach towarzyskich "heterycy" niesamowicie dyskryminują pary homoseksualne, opowiadając znajomym gdzie byli ze swoimi małżonkami na przykład podczas poprzedniego weekendu. Dyskusja dotyczyła związków partnerskich. Dyskryminującym miało być to, że osoby homoseksualne nie mogą mieć swojego oficjalnego partnera, więc heterycy w ten sposób powodują cierpienia gejów i lesbijek. Mało wypadku nie spowodowałem, jak to usłyszałem. Pan ten w żaden sposób nie odróżniał swoich przeżyć od tego, co robią inni - tu: pary hetero, które w jego oczach były sprawcami dyskryminacji, a więc przemocy. Zło polegało na wymienianiu płci i oficjalnej nazwy partnera w rozmowach towarzyskich.
Przypadek ten, pewnie skrajny, pokazuje jednak do czego może prowadzić zwalczanie dyskryminacji. Nie mówię o jawnych przypadkach, gdy rzeczywiście wiele osób nie mogło czegoś osiągnąć na przykład ze względu na płeć. Niemniej jednak - zwalczanie dyskryminacji jest drugim z pięciu celów (pierwszym bardziej szczegółowym) działania konwencji. A dyskryminowani na przykład w Polsce czują się katolicy (według J. Gowina) stanowiący zdecydowaną większość. Do postawienia zarzutu dyskryminowania wystarczy, że ktoś się takim poczuje. Konia z rzędem, kto będzie potrafił dyskryminowanie ująć w ramy prawne, tak by skutecznie oddzielać czyjeś przeżywanie od rzeczywistych działań.
Mógłbym tak jeszcze długo w odniesieniu do następnych punktów. Mocnym punktem tej konwencji są dalej prezentowane rozwiązania praktyczne: telefony zaufania, wsparcie świadków małoletnich, wsparcie prawne etc, co cieszy mnie jako praktyka. Pominięcie czynników powodujących przemoc, które opisałem, jest dla mnie niezrozumiałym, zgubnym dla merytoryki działań aktem. Tworzy wrogów konwencji tam, gdzie wcale nie musiałoby ich być. Stawiając znak równości między nierównością a przemocą, pomijając inne czynniki stawia w rozkroku osoby, które wcale nie postrzegają różnic między kobietami a mężczyznami jako czegoś złego i będącego dowodem na cierpienie, a jednocześnie nieakceptujące przemocy wobec kobiet. Nie zgadzają się z warstwą ideologiczną, a popierają bezpieczeństwo kobiet.
Cieszę się, że w wyniku ratyfikacji konwencji skierowane zostaną (być może) środki na jej realizację. Martwię się tym, że broniący tradycyjnej rodziny proboszcze przestaną współpracować z ośrodkami interwencji kryzysowej, bo będzie im się to równało z popieraniem równościowej ideologii. Myślę, że nie było to ani konieczne, ani merytorycznie uzasadnione.
Sam dostrzegam ideologizowanie całej sprawy nie tyle w uwzględnieniu perspektywy równościowej w Konwencji, bo te zjawiska występują i nie są ideologią, a w pominięciu wszystkich innych perspektyw i całej pozostałej wiedzy na temat przemocy. I będzie to jeszcze długo szkodziło części praktycznej konwencji.
a) Ochrona kobiet przed wszystkimi formami przemocy oraz zapobieganie, ściganie i eliminację przemocy wobec kobiet i przemocy domowej
b) Przyczynianie się do eliminacji wszelkich form dyskryminacji kobiet oraz wspieranie rzeczywistej równości kobiet i mężczyzn, w tym poprzez usamodzielnianie kobiet.
Dalej następują kolejne punkty. Ja skoncentruję się na tym drugim. Z byciem dyskryminowanym bywa tak, że wiele osób, zgłaszających ten problem nie odróżnia swojego przeżywania od działań innych. Ostatnio na antenie mojego ulubionego TOK.FM słyszałem wypowiedź przedstawiciela ruchów gejowskich (nie pamiętam nazwiska), który twierdził, że na spotkaniach towarzyskich "heterycy" niesamowicie dyskryminują pary homoseksualne, opowiadając znajomym gdzie byli ze swoimi małżonkami na przykład podczas poprzedniego weekendu. Dyskusja dotyczyła związków partnerskich. Dyskryminującym miało być to, że osoby homoseksualne nie mogą mieć swojego oficjalnego partnera, więc heterycy w ten sposób powodują cierpienia gejów i lesbijek. Mało wypadku nie spowodowałem, jak to usłyszałem. Pan ten w żaden sposób nie odróżniał swoich przeżyć od tego, co robią inni - tu: pary hetero, które w jego oczach były sprawcami dyskryminacji, a więc przemocy. Zło polegało na wymienianiu płci i oficjalnej nazwy partnera w rozmowach towarzyskich.
Przypadek ten, pewnie skrajny, pokazuje jednak do czego może prowadzić zwalczanie dyskryminacji. Nie mówię o jawnych przypadkach, gdy rzeczywiście wiele osób nie mogło czegoś osiągnąć na przykład ze względu na płeć. Niemniej jednak - zwalczanie dyskryminacji jest drugim z pięciu celów (pierwszym bardziej szczegółowym) działania konwencji. A dyskryminowani na przykład w Polsce czują się katolicy (według J. Gowina) stanowiący zdecydowaną większość. Do postawienia zarzutu dyskryminowania wystarczy, że ktoś się takim poczuje. Konia z rzędem, kto będzie potrafił dyskryminowanie ująć w ramy prawne, tak by skutecznie oddzielać czyjeś przeżywanie od rzeczywistych działań.
Mógłbym tak jeszcze długo w odniesieniu do następnych punktów. Mocnym punktem tej konwencji są dalej prezentowane rozwiązania praktyczne: telefony zaufania, wsparcie świadków małoletnich, wsparcie prawne etc, co cieszy mnie jako praktyka. Pominięcie czynników powodujących przemoc, które opisałem, jest dla mnie niezrozumiałym, zgubnym dla merytoryki działań aktem. Tworzy wrogów konwencji tam, gdzie wcale nie musiałoby ich być. Stawiając znak równości między nierównością a przemocą, pomijając inne czynniki stawia w rozkroku osoby, które wcale nie postrzegają różnic między kobietami a mężczyznami jako czegoś złego i będącego dowodem na cierpienie, a jednocześnie nieakceptujące przemocy wobec kobiet. Nie zgadzają się z warstwą ideologiczną, a popierają bezpieczeństwo kobiet.
Cieszę się, że w wyniku ratyfikacji konwencji skierowane zostaną (być może) środki na jej realizację. Martwię się tym, że broniący tradycyjnej rodziny proboszcze przestaną współpracować z ośrodkami interwencji kryzysowej, bo będzie im się to równało z popieraniem równościowej ideologii. Myślę, że nie było to ani konieczne, ani merytorycznie uzasadnione.
Sam dostrzegam ideologizowanie całej sprawy nie tyle w uwzględnieniu perspektywy równościowej w Konwencji, bo te zjawiska występują i nie są ideologią, a w pominięciu wszystkich innych perspektyw i całej pozostałej wiedzy na temat przemocy. I będzie to jeszcze długo szkodziło części praktycznej konwencji.
