
Najpierw przez 6 lat rządów PO MEN nie mógł się zdecydować jak bardzo i w jakiej formie chce tych 6-latków w szkołach. Gdy wydawało się, że decyzja w końcu zapadła, temat wraca jak bumerang w postaci pytania referendalnego. W dyskusji pojawiają się argumenty ekonomiczne, pytanie o dojrzałość szkolną. Są to argumenty nie na temat. Problemem jest to, że rodzice boją się szkoły i jej nie ufają.
REKLAMA
Dyskusja o tym, czy 6-latki nadają się do jakiejś formy zajęć w szkole jest, z całym szacunkiem - idiotyczna. Nadają się. Już 3-latki w przedszkolach zostają w grupie bez rodziców na dłużej niż trwają lekcje pierwszoklasistów. W wieku 6 lat tylko najbardziej zaburzone dzieci nie będą w stanie poradzić sobie z dobrze dobranymi zajęciami uczącymi przez różne formy zabawy. A mimo to dziesiątki tysięcy rodziców kombinują w poradniach z zaświadczeniami o niedojrzałości szkolnej. Dlaczego? Bo się boją posyłać dzieci do szkół. Nie dlatego, że ich dziecko jest głupie, tylko dlatego, że spodziewają się wszystkiego najgorszego po szkole - próbują skrócić czas przebywania w tej instytucji o rok.
Gdzieś na obrzeżach edukacji rośnie w siłę ruch związany z edukacją domową. Naczelnym argumentem znanych mi rodziców którzy decydują się na nieposyłanie dziecka do podstawówki, ale i gimnazjum jest to, że nie spodziewają się, żeby ich dziecko ktoś jakoś specjalnie rozwinął, ale na pewno zostanie ono tam straumatyzowane przez kolegów lub nauczycieli.
Dlatego proponuję, by zamiast dyskutować o tym, czy 6-latki nadają się do szkoły, zastanowić się, czy szkoła nadaje się dla jakichkolwiek dzieci w obecnym kształcie. Także o tym - kto jest odpowiedzialny za ten kształt, ale także kto ma coś z tym zrobić. I zapewniam Państwa, że jest to szeroki problem społeczny, w którym nie wystarczy ponarzekać na nauczycieli i zabrać im jakiś przywilej.
Problem relacji nauczyciele-rodzice dotyczy nie tylko nas. W całej Europie się z tym borykamy. Nie tak dawno miałem przyjemność realizować pilotażowy program wprowadzania systemowych zmian do szkół tak, by były bezpieczniejsze o nazwie STRONG. Testowaliśmy pewną metodologię pomagania szkołom w rozwoju we Francji, Niemczech, Portugalii, Szwecji i w Polsce. I wszędzie tam napięcia pomiędzy dorosłymi: rodzicami i nauczycielami stanowiły największą trudność w skutecznej pracy wychowawczej w stosunku do dzieci i młodzieży.
W Polsce rodzice najczęściej są nieobecni w szkole. W szkołach prywatnych i społecznych - bywają nadaktywni - władzę którą mają jako sponsorzy wykorzystują do sprawowania kontroli, nie współdziałania. I żeby nie było - odpowiadają za to zarówno nauczyciele, jak i rodzice. Szkoły w większości stanowią obszar gry o władzę: nauczyciele między sobą, z uczniami, rodzicami. Władza ma dać poczucie bezpieczeństwa - będę silny, to mnie nie ruszą. Wszystko to zamiast realnego współdziałania na rzecz rozwoju naszych pociech.
Polską szkołę należy wymyślić od nowa. Nie tyle kształt programów nauczania, co relacji społecznych w niej panujących. Jaka jest rola rodzica, nauczyciela, ucznia. I powinniśmy to robić wszyscy, bo konsekwencje aktualnego stanu rzeczy już widzimy. Młodych dorosłych, nie potrafiących sobie znaleźć miejsca w życiu i świecie.
