W ramach debiutu na łamach NaTemat, rozpocznę od mojego ulubionego leitmotivu: karty nauczyciela. Kilka dni temu media odnotowały kolejną rundę tańca dookoła tej ustawy. Minister Szumilas, ku zadowoleniu związków nie zwiększy pensum „przy tablicy”, za to dyrektor będzie mógł o tydzień dłużej dysponować czasem nauczyciela. Dopiero po 20 latach i to tylko raz (do tej pory po 7 – trzy razy) pedagog będzie mógł skorzystać z roku dla poratowania zdrowia. Nauczyciele będą musieli także dokumentować swój „nietablicowy” czas pracy za pomocą znanych z korporacji i projektów europejskich „timesheetów”.

REKLAMA
Cóż, lepsza taka zmiana niż żadna. Niestety, omija ona szerokim łukiem ważny dla mnie temat – bezpieczeństwo w szkole, zarówno dzieci, jak i dorosłych.
Co ma zapis nauczycielskich przywilejów i powinności do bezpieczeństwa? Otóż dużo…
W swojej konstrukcji obowiązująca ustawa dostosowana jest do rytmu pracy, w którym nauczyciel w szkole przekazuje wiedzę przez niecałe 20 godzin w tygodniu, pozostały czas poświęca na sprawdzanie zadań domowych, sprawdzianów, przygotowywanie lekcji. Od czasu do czasu ma się spotkać z rodzicami, kolegami z pracy w ramach rad pedagogicznych, doszkolić się.
Nie wchodząc w dyskusję, czy zrobi się z tego 40 w tygodniu czy nie, opisany model pracy w praktyce nie istnieje już od jakiegoś czasu. W warstwie prawnej broni się za to jak Westerplatte. Od wielu lat polscy pedagodzy oprócz uczenia dostają coraz to nowe obowiązki: mają ewaluować, rozdawać stypendia, prowadzić terapię, straszyć przed dopalaczami etc. Każde z tych zadań wymaga pracy zespołowej: uzgodnień, przemyśleń, wymiany informacji w gronie. Tymczasem zebranie nauczycieli pracujących z jedną klasą – na przykład taką, w której występuje problem agresji okazuje się być niewykonalne. Nie ma fizycznie takiego czasu, w którym przynajmniej większość zespołu wychowawczego danej klasy posłuchałoby zaleceń na temat tego, jak utrzymać wypracowaną w takiej klasie zmianę. Dlaczego? Dlatego, że 18 godzin przy tablicy, a resztę do domu…
Być może zamiast narzekania na czasy, młodzież, rodziców, nauczycieli, warto byłoby stworzyć przestrzeń do zwykłego spotykania się ze sobą kadry pedagogicznej danej szkoły. Regularnego, w ramach normalnych zobowiązań, na które przychodząc nikt nie będzie robił łaski. Do skutecznego reagowania na przykład na agresję uczniów, potrzebne jest współdziałanie ze sobą nauczycieli – postępowanie wg jednej, przyjętej linii. Żeby ją mieć, trzeba ją najpierw wypracować, podyskutować, poradzić sobie z własnymi lękami i słabościami. A jak się zdarzy coś niedobrego – wspierać się nawzajem, wymieniać informacje, ufać sobie. Pierwszy lepszy specjalista od zarządzania zasobami ludzkimi powie, że takie rzeczy można wypracować w zespole. Można, tylko ten zespół musi najpierw fizycznie pojawić się w jednym miejscu częściej niż 2 razy do roku, przy wystawianiu ocen.
Brak pracy zespołowej, przy dużym obciążeniu kontaktem z zachowaniami ryzykownymi (agresja, używki etc.), wprost prowadzi do bardzo szybkiego wypalenia zawodowego. Tym bardziej, że nauczyciele nie mają do dyspozycji żadnych narzędzi dbania o higienę relacji, jak chociażby superwizja. Przerwę będą mogli sobie zrobić po 20 latach.
Nie trzeba szukać daleko, by znaleźć ciekawe rozwiązania. We Francji nauczyciele prowadzą zajęcia przez 4 dni w tygodniu. Piąty poświęcony jest między innymi na zespołową pracę nad szkołą.
Zamiast tego, pan Broniarz woli, by nauczyciele wypełniali tajmszity, które mają udowodnić całemu kraju, że nauczyciel to zapracowany człowiek. Nie udowodnią niczego. Bo papier przyjmie wszystko. Nauczyciele to wiedzą od bardzo dawna, a my wiemy, że oni to wiedzą. I nie chodzi o to, że pedagodzy się obijają, uważam, że w większości przypadków tak nie jest. Po prostu od 20 lat dokumentacja w edukacji nie dokumentuje żadnego stanu faktycznego, a jedynie listę życzeń tego czy innego włodarza czy ustawodawcy.