Skoro dokonał Pan rekonstrukcji rządu, z czystym sumieniem będzie Pan mógł ruszyć w Polskę zapytać Polaków: "Polacy - jak żyć z tą kasą z Unii?" "Komu dać?" My Polacy tłumnie przybiegniemy i powiemy: nam! nam! Ja jako skromny trener i szkoleniowiec powiem za to: "mnie nie", "mnie nie".

REKLAMA
Skandynawowie twierdzą, że rozwój ich demokracji i społeczeństw - przejście od zapitych obrzeży Europy do krajów, w których najlepiej się żyje na świecie - dokonał się dzięki edukacji. Metoda "studiecirkel", która właściwie stworzyła się "sama" wzięła się stąd, że w XIX w. w szwedzkich czy norweskich wsiach bywała najwyżej 1 książka, zero nauczycieli, a ludzie chcieli się uczyć. Osoba, która prowadziła taki "krąg uczenia" była bardziej posiadaczem książki niż kimś "mądrzejszym". Lider dzielił tematy do opracowania, które następnie były prezentowane w kręgu.
W podobny sposób edukacja odbywa się w dalszym ciągu na północy Europy. Oczywiście, "sprzętu edukacyjnego" jest znacznie więcej niż książka na jedną grupę. Z dawnych czasów pozostała zasada równego statusu w kręgu, lider nie "naucza" a organizuje naukę, za której efekty odpowiedzialni są wszyscy. Badania wskazują, że dorosły Szwed uczestniczy w ciągu całego swojego życia w około 5 takich zajęciach.
A co to ma wspólnego z premierem jeżdżącym Tuskobusem po Polsce? Sporo. Duża część pieniędzy także w następnym programowaniu przeznaczona będzie na szkolenia, które zresztą stały się ostatnio dyżurnym tematem do narzekania, wręcz synonimem marnotrawstwa publicznych środków, bo "nic z nich nie wynika".
Jest bardzo wiele szkoleń, z których "coś wynika", są także takie, które rzeczywiście niewiele wnoszą. Czynników decydujących o tym, w której kategorii wyląduję dane szkolenie jest mnóstwo. Dzisiaj chciałbym o dwóch: diagnozie potrzeb i motywacji uczestników.
Dzisiejszy system szkoleń finansowanych ze środków europejskich w dużej mierze odbywa się według 2 schematów. W pierwszym z nich firma szkoleniowa lub inna instytucja pisze i realizuje projekt w ramach "otwartego naboru". Ogłaszamy, że szkolimy w takim i takim zakresie, uczestnik nie płaci nic lub jakieś grosze, szkolenie się odbywa. Jak brakuje uczestników to można zakombinować z listą obecności. Drugi schemat wygląda tak, że ktoś w jakiejś firmie (jak projekt "ma szczęście" to we współpracy z działem HR) określa potrzeby instytucji (ignorując najczęściej potrzeby pojedynczych pracowników). Oba w naszej kulturze są nienajlepsze.
W pierwszym przypadku, nie płacąc za szkolenie, choćby nie wiem jakie było, ceni się je znacznie mniej niż takie, za które ponosi się pełną opłatę. "Inwestycja" jest niewielka, uczestnicy mają poczucie, że bez nich firma nie dostanie kasy, więc pojawiają się roszczenia różnej maści, niekoniecznie mające dużo wspólnego z głównym obszarem szkolenia. Dodatkowo, jak za coś nie płacę, to zawsze mogę pójść. Firmy próbują zawiązywać kontrakty, że jak ktoś opuści wcześniej grupę - ponosi koszta szkolenia w całości. To jednak proteza niezbyt odsiewająca średnio zmotywowanych uczestników. W skrócie - jak niewiele tracę, to pójdę "bo mogę" a nie "bo potrzebuję". Nisko zmotywowani, nie ceniący czegoś za darmo uczestnicy, nie wpływają motywująco na trenerów, którzy też niezbyt się przykładają. Oczywiście, zdarzają się przypadki w drugą stronę - trenerzy realizujący działanie za które i tak "będzie kasa" też niezbyt się przykładają.
Drugi opisany schemat - realizacja szkoleń w danej firmie - kończy się zazwyczaj walką z uczestnikami, którzy zachęcani do "działań wojennych" przez swojego szefa z przyczyn politycznych, torpedują działania trenerskie, nie chcą ich, boją się etc.
Pierwszy przypadek opisuje sytuację, gdzie uczestnicy mają "na tacy" i chcą, ale niezbyt się przykładają, a jak ich nie ma, to się dopisze do listy. Grupy koncentrują się na "rozrywaniu" uczestników, podczas gdy rozwój odbywa się "poza strefą komfortu". Jak zaczyna boleć, to się zabieram. Albo wręcz szkolenia są tak planowane, żeby rozrywkę uczestników traktować jako podstawowy cel, żeby sobie nie poszli, bo stracimy "pesel" a co za tym idzie nie zrealizujemy wskaźników = mniejsza kasa. Drugi to sytuacja, gdzie uczestniczenie w szkoleniu jest zagrażająca dla uczestników. W obu szwankuje diagnoza potrzeb indywidualnych a motywacja jest albo niewielka, albo wręcz ujemna.
A może by tak Panie Premierze odwrócić sytuację. Skorzystać ze sprawdzonych, skandynawskich wzorców społecznych dotyczących rozwoju i edukacji. W naszych warunkach oznaczałoby to, żeby nie dawać pieniędzy na rozwój umiejętności ani firmom szkoleniowym (piszę to jako właściciel jednej z nich), ani pracodawcom. Przeznaczyć je dla Kowalskiego i Nowaka, którzy mogliby się starać o indywidualne dofinansowanie do wybranych przez siebie form szkoleniowych. Skutków takiego rozwiązania byłoby kilka.
Po pierwsze odbywałyby się tylko te szkolenia, które są rzeczywiście potrzebne. Firmy w otwartych szkoleniach domagałyby się od uczestników rynkowych cen. Te, na które nikt się nie zgłasza po prostu by się nie odbywały. Zakładając, że to Kowalski musiałby sam postarać się o dofinansowanie na przykład w urzędach pracy (które nota bene w małym stopniu stosują podobny schemat dla bezrobotnych), robiłby to w przypadkach, które na prawdę potrzebuje. Ukróciłoby to swego rodzaju "turystykę szkoleniową" - uczestników, którzy pojawiają się "dla wyżerki". Z drugiej strony, szkolenia składałyby się bardziej z "merytorycznej" niż "rozrywkowej" części, która organizowana ze strachu, że uczestnicy "zabiorą swój pesel" często, również finansowo, przeważa nad właściwą. Jest to strata pieniędzy publicznych przeznaczanych na rozwój, nie na rozrywkę.
Również w szkoleniach dla poszczególnych firm czy instytucji, ich włodarze musieliby uzgadniać, a nie obwieszczać tematy szkoleń, gdyż to po stronie Kowalskiego leżałaby decyzja o wystąpieniu o dane środki. Oczywiście można by tu ułatwić procedury tak, by można zbiorowo starać się o pieniądze na dane szkolenie. To już zresztą kwestia techniczna.
W edukację warto inwestować, ale nie w każdą. Może więc skorzystać ze sprawdzonych wzorców, spróbować przenieść to co z nich istotne w naszych warunkach. Kto wie, może nie tylko w gospodarce, ale i w demokracji coś "drgnie"
To jak Panie Premierze?