Grupa edukatorów seksualnych Nawigator działająca w ramach Fundacji Falochron zorganizowała w sobotę (16 marca) w Instytucie Psychologii Stosowanej UJ konferencję: "Wychowanie seksualne czyli skąd się bierze bocian?". Wydarzenie przykuło uwagę środowisk mających jak najgorsze zdanie o edukacji seksualnej, co widoczne było po bardzo dużej dawce agresji z części sali. Edukatorzy przeżyli nawracanie i to na dużą skalę. Stawali dzielnie, atmosferę udało się rozładować, niesmak jednak pozostał. Ja natomiast usiłuję zrozumieć skąd się bierze ten sprzeciw? Czemu, tak agresywnie wyrażanie NIE?

REKLAMA
Znaczące w czasie konferencji Nawigatora było to, że głośno wyrażająca swój sprzeciw wobec edukacji seksualnej część sali, przyszła z gotowymi zarzutami i próbowała łapać za słówka tak, by udowodnić swoje tezy. Próbowałem słuchać zarzutów w warstwie treściowej i jakoś trudno było mi znaleźć coś co by się "kupy" trzymało. Wspólnym mianownikiem był natomiast strach, który przykrywany był agresją. Ten strach przyprowadził w mury Uniwersytetu Jagiellońskiego na cały dzień ludzi, którzy potrzebowali przyjść na wydarzenie, które pomyślane było jako szansa dla organizatorów - młodych psychologów - na pochwalenie się wynikami realizowanych przez siebie warsztatów. Miejsce do wymiany myśli z innymi, którzy zajmują się tą tematyką. Zastanawia mnie, czego można się tak bać, żeby poświęcić całą sobotę na słuchanie rzeczy, z którymi się człowiek nie zgadza?
Furię wywoływało przywoływanie przykładów krajów, w których edukacja seksualna jest obowiązkowa - rodzice nie decydują, czy ich dziecko ma uczestniczyć w zajęciach. W Polsce - przedmiot: wychowanie do życia w rodzinie jest nieobowiązkowe. Pojawiał się komunikat w stylu "nikt mi się nie będzie wtrącał w to, jak wychowuję moje dziecko". Czytam to: boję się, że ktoś mi zepsuje (podejrzewam na poziomie moralnym) efekty mojej pracy rodzicielskiej.
18 lat wychowywania to jest (przy założeniu, że liczba dni w każdym roku to 365) 157 680 godzin. Ile godzin musiałyby mieć zajęcia, by "zepsuć" efekt takiej pracy wychowawczej? Czy czuję się tak niepewnie, że boję się, że sam fakt, że dziecko usłyszy o innych poglądach niż moje własne spowoduje, że te sto pięćdziesiąt tysięcy godzin pójdzie na marne? Zwłaszcza, że duża część edukacji seksualnej to po prostu czysta biologia, fizjologia, o której rodzice w większości nie potrafią rozmawiać, nie pozwala im na to odseksualniona relacja dziecko - rodzic, czy po prostu wstyd. Jakże oblężona musi być ta "rodzina", której prawa do monopolu na prawdę bronili przeciwnicy edukacji seksualnej zgromadzeni w salach UJ.
Strach przebijał się także przez zarzuty, że edukacja seksualna będzie coś promować: aborcję, homoseksualizm i inne zboczenia, rozwiązłość seksualną, permisywizm etc. Że będzie zachęcać zamiast zniechęcać do aktywności seksualnej młodzieży. Że pozwalanie uczestnikom zajęć na zadawanie pytań pobudza ich wyobraźnię i zwraca uwagę na rzeczy, które inaczej pozostałyby niezauważone.
W dużym skrócie, jak dla mnie edukacja seksualna ma służyć uaktywnianiu w młodzieży dorosłych postaw wobec własnej seksualności: dostarczyć wiedzę naukową (na poziomie faktów) i pomóc wyrobić sobie jakieś własne zdanie w sprawach związanych z obyczajowością, wartościami. Co złego dla młodego człowieka może z tego wynikać?
Skąd więc to poczucie zagrożenia, oblężonej twierdzy? Nawet gdyby edukacja seksualna była w rzeczywistości synonimem "samego zła", prezentowane w jej czasie poglądy były amoralne, grzeszne, niezgodne ze wszystkim - to mając niegłupie dziecko i zbudowaną z nim więź spałbym spokojnie. Nie jestem w stanie ograniczyć mojemu dziecku kontaktów z osobami, które myślą inaczej niż ja. Mogę mówić swoje. Czy tego się boicie? Tego że to nie wystarczy, by wychować dziecko na porządnego człowieka? Macie o sobie tak niskie mniemanie?