Nawet w NaTemat coraz więcej publikacji dotyczy edukacji domowej. Zastanawia mnie co popycha rodziców do brania odpowiedzialności za edukację własnego dziecka w sposób "dosłowny". Pod jakim adresem szukać odpowiedzi na to pytanie? www.jestemnajmądrzejszy.pl; www.nieufamszkole.pl/straumatyzująmidziecko www.tylkojadamdzieckuindywidualnykontakt.pl; www.chcębudowaćrodzinę.pl www.mojedzieckoniebędziesięnudzić.pl; www.nauczycieletoidioci.pl? www.jeszczecośinnego.pl?
Dzisiaj, podobny bunt rodziców, prowadzi do wycofania ze wspólnotowości i zamykania się w twierdzy własnej rodziny. Zwolennincy edukacji domowej załatwiają w szkole zgodę na naukę dziecka osobiście (w dużym uproszczeniu), a nauczyciele od czasu do czasu - raz na semestr najczęściej, sprawdzają wiedzę pociechy.
Mam wrażenie, że do decyzji o uczeniu własnego dziecka prowadzi wiele różnych poczuć. Pierwsza grupa to te oparte na lęku: szkoła to straszne miejsce - na pewno nie spotka tam moje dziecko nic pozytywnego: przemoc, przeludnione klasy, brak indywidualnego podejścia etc. Inne, to przekonanie, że samemu się to zrobi lepiej. Jeszcze insze to oparte na narcystycznej konstrukcji osobowości rodzica nieodróżnianie potrzeb dziecka od swoich. I pewnie wiele innych, które nawet trudno mi sobie wyobrazić.
Jak wszystko, edukacja domowa może nieść ze sobą korzyści i straty. Po stronie tych pierwszych - jest spora szansa na to, że dziecko uzyska - dzięki bardzo indywidualnemu podejściu wiedzę dostosowaną do własnych możliwości. To tak, jakby nauka składała się z samych korepetycji, które są dosyć efektywną formą uczenia. Zresztą, w czasach sprzed powszechnej edukacji, dzieci miały prywatnych nauczycieli. Po drugie - rzeczywiście ma sporą szansę uniknąć traum związanych zwłaszcza z przemocą. Pokolenie obecnych 20latków to generacja dotknięta przemocą szkolną w skali masowej.
Jak myślę o edukacji domowej, mam jednak wrażenie, że jest w tym coś niepokojącego. Podobnie czułem, gdy jakiś czas temu widziałem matkę karmiącą piersią w kościele rozrabiające dziecko, które miało na oko coś około 4 lat. Poczucie, że to zdecydowanie nieadekwatne. Bo nawet w czasach, gdy dzieci z dobrych rodzin były uczone prywatnie, zazwyczaj zajmowali się tym wynajęci do tego celu nauczyciele, guwernantki. Ktoś inny niż rodzic. Może być tak, że edukacja domowa spowoduje wzrost wiedzy dziecka, pytanie jednak co zrobi z więzią rodzic - dziecko. W szkołach nie bywa lekko, ale dziecko może wrócić do kochającej (jeśli ma taką) - rodziny: pochwalić się sukcesem, leczyć rany po porażce. Rodzina i więź z rodzicami staje się swego rodzaju "gniazdem", do którego się wraca. Z biegiem lat dziecko oddala się od niego coraz bardziej. Stworzenie takiej relacji jest możliwe między innymi dzięki temu, że dziecko ma przestrzeń "bez rodziców". Dochodzi jeszcze do tego aspekt związany z dźwiganiem przez rodzica ciężaru emocji związanych z radzeniem sobie lub nie z jakimś materiałem szkolnym. A rodzice nie są z kamienia - też mają swoje ograniczenia.
Kwestią wynikającą z dwóch poprzednich jest budowanie przez dziecko granic osobistych. Nie wchodząc w dyskusję (na razie) czy dzieci 5 czy 6 letnie powinny znaleźć się w zerówce, gdzieś w tym wieku dziecko zaczyna potrzebować tego świata częściowo bez rodziców, dla własnego rozwoju. Nie bez powodu 6 lat to wiek graniczny, od którego dzieci są same w stanie poradzić sobie w meksykańskich slumsach. Porównanie może drastyczne, ale chodziło mi to, by pokazać, że w tym czasie dziecko potrafi być już na tyle samodzielne, by przeżyć samo. Oczywiście - wielkim kosztem.
W warunkach edukacji domowej może być trudno zapewnić warunki do budowania autonomii dziecka. Coś, co doskonale sprawdza się dla dziecka 3letniego, w przypadku 10latka może już nie działać tak dobrze.
Sukcesy szkolne to podstawowy element budujący samoocenę dziecka, wiarę we własne możliwości w wieku 10 - 12 lat. Źródło, z którego chłopiec lub dziewczyna czerpią, by zbudować o sobie przekonanie jestem lub nie jestem OK. Ważnym elementem jest wypadanie "na tle" innych. W przypadku edukacji domowej może bardzo brakować tego elementu, co będzie wpływało na dalszy rozwój - stosunki z rówieśnikami, umiejętność nawiązywania relacji etc.
Pojawienie się nurtu edukacji domowej to dla mnie aspekt innego - szerszego procesu społecznego: wycofywania się z tworzenia więzi. Przejaw przekonania, że samemu lepiej niż z innymi.
Jest dla mnie smutnym fakt, że pojawia się taka potrzeba - zamknięcia i odcięcia. Poczucie, że szkoda się bić z wiatrakami. Bo nawet w szkołach społecznych - opisywanych na początku, bardzo groźnym dla istoty samej konstrukcji jest obecne u wielu współczesnych rodziców patrzenie na szkołę tylko i wyłącznie przez pryzmat interesu własnego dziecka. Do zarządów szkół często dostają się rodzice tylko po to, by zapewnić swojemu dziecku lepszego nauczyciela. Z takim nastawieniem bardzo trudno budować wspólnotę. Oczywiście, nie dotyczy to wszystkich przypadków.
Badania z nurtu resilience wskazują, że dla rozwoju człowieka potrzeba jest, by miał w sumie ok, ale nie "za dobrze". Potrzebujemy trochę czynników stresu by mieć po co się zmieniać, doskonalić. I taka według mnie powinna być szkoła. W naszym przypadku, czynników stresu jest aż nadto, w czym zgadzam się ze zwolennikami edukacji domowej. Ja natomiast wolę zastanawiać się, jak zmieniać szkołę, a nie z niej rezygnować. Dla dobra własnego dziecka.
