Środowiska feministyczne, część organizacji działających na rzecz równouprawnienia, walczący o partnerskie relacje kobiet i mężczyzn w przestrzeni publicznej głoszą tezy o latach dominacji mężczyzn. O cierpieniach kobiet i potrzebie równości po wiekach prześladowań. I co z tego wychodzi? Nic. Albo niewiele. Czemu? Bo w istocie używają "mowy ofiary", która daleka jest od traktowania siebie samego jak równego. I strzelają sobie w piętę.
Po drugie - środowiska "równouprawnieniowe" punktują wszystkich wokoło za stereotypowe podchodzenie do świata. Elementem treningu antydyskryminacyjnego jest wykazanie jego uczestnikom, że też myślą stereotypowo. Stereotypowe myślenie jest z definicji złe i powoduje cierpienie wszystkich tych, którzy je wyzwalają. To prawda - stereotyp może krzywdzić osoby, których dotyka. Jest jednocześnie mechanizmem, który pozwala na poradzenie sobie w wielu sytuacjach - działa jak automat, który często nas chroni. Kilka lat temu w Koszycach siedziałem w knajpie ze stolikami na zewnątrz. Przy stoliku obok przysiadło się kilkoro dzieci romskich. Uaktywnił się mój stereotyp: Cygan = złodziej. A fuj! Zły człowiek! Wzmocniłem czujność. Uratowałem portfel, do którego zaczęła się dobierać jedna z dziewczynek.
Wracając do naszej preambuły "strukturalny charakter przemocy wobec kobiet" pachnie mi niczym innym jak stereotypem. Jak inni je stosują - źle. My możemy, jeśli służy ważnej sprawie. I dziwicie się państwo, że to budzi opór?
Zapraszam do dyskusji.
