Środowiska feministyczne, część organizacji działających na rzecz równouprawnienia, walczący o partnerskie relacje kobiet i mężczyzn w przestrzeni publicznej głoszą tezy o latach dominacji mężczyzn. O cierpieniach kobiet i potrzebie równości po wiekach prześladowań. I co z tego wychodzi? Nic. Albo niewiele. Czemu? Bo w istocie używają "mowy ofiary", która daleka jest od traktowania siebie samego jak równego. I strzelają sobie w piętę.

REKLAMA
Nie chodzi mi w tym tekście o piętnowanie kogokolwiek, a o pewien sposób argumentacji, który używających go prowadzi według mnie na manowce. Zacznę od przykładu:
"uznając, że przemoc wobec kobiet jest manifestacją nierównego stosunku sił pomiędzy kobietami a mężczyznami na przestrzeni wieków który doprowadził do dominacji mężczyzn nad kobietami i dyskryminacji tych ostatnich, a także uniemożliwił pełną poprawę sytuacji kobiet;
uznając strukturalny charakter przemocy wobec kobiet za przemoc ze względu na płeć, oraz fakt, że przemoc wobec kobiet stanowi jeden z podstawowych mechanizmów społecznych, za pomocą którego kobiety są spychane na podległą wobec mężczyzn pozycję."
Oczywiście wszyscy już rozpoznali - wycinek preambuły Konwencji o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej. Prawda? Niech będzie. Tylko co z tego? Ano równe prawa, wyrównanie szans, potępienie, wyrównanie rachunków. Trochę się to wszystko miesza.
Dużo pracuję z poszkodowanymi przez przemoc. Jednym z wielu aspektów pracy z ofiarami jest zrozumienie przez poszkodowanych, że pomimo cierpień, które ich spotkały nie należy im się specjalne traktowanie - przywileje, specjalne względy. Empatyczne wsparcie, nazwanie złem tego, co się wydarzyło - tak, ale jednoczesne wzmacnianie niezależności, traktowania ich jak równego innym. Ale nie dlatego, że im się wydarzyło zło, tylko dlatego, że SĄ równi. Jest to jeden z trudniejszych elementów tej pracy - stawianie granic roszczeniom opartym na poczuciu krzywdy. Widać to bardzo na przykładzie postawy częstej u usamodzielniających się wychowanków domów dziecka (oczywiście nie wszystkich). Należy mi się duże mieszkanie, markowe ciuchy, sporo kasy - bo przecież w życiu spotkało mnie dużo zła. Jeśli nie postawi się granic takim oczekiwaniom, umacnia to funkcjonowanie danej osoby jako ofiary, która czuje się lepsza, gorsza, ale nie równa innym.
Przekaz "przez wieki nas gnębiliście, to teraz macie obowiązek traktować nas równo" zawiera sporą dozę szkodliwych dla samej sprawy równości manipulacji. Coś tu nie tak z tą równością. "Przez wieki nas gnębiliście" - mamy was za sprawców przemocy, lub potencjalnych kontynuatorów ich myśli. Nawet jeśli sami nie zrobiliście jeszcze niczego złego to "strukturalny charakter przemocy" powoduje, że gdybyście chcieli, to zawsze możecie to zrobić. Postrzegamy was jak agresorów. Relacja ofiary ze sprawcą to relacja skośna, w której sprawca dominuje. Czyli - my kobiety nie podchodzimy do relacji z Wami jak do relacji równego z równym, natomiast wy tak macie robić. Jest to komunikat podwójny, na który można zareagować tylko poczuciem winy lub agresją. Ani jedno, albo drugie nie stwarza przestrzeni do budowania relacji równego z równym.
Po drugie - środowiska "równouprawnieniowe" punktują wszystkich wokoło za stereotypowe podchodzenie do świata. Elementem treningu antydyskryminacyjnego jest wykazanie jego uczestnikom, że też myślą stereotypowo. Stereotypowe myślenie jest z definicji złe i powoduje cierpienie wszystkich tych, którzy je wyzwalają. To prawda - stereotyp może krzywdzić osoby, których dotyka. Jest jednocześnie mechanizmem, który pozwala na poradzenie sobie w wielu sytuacjach - działa jak automat, który często nas chroni. Kilka lat temu w Koszycach siedziałem w knajpie ze stolikami na zewnątrz. Przy stoliku obok przysiadło się kilkoro dzieci romskich. Uaktywnił się mój stereotyp: Cygan = złodziej. A fuj! Zły człowiek! Wzmocniłem czujność. Uratowałem portfel, do którego zaczęła się dobierać jedna z dziewczynek.
Myślenie stereotypowe jest jednym z mechanizmów prowadzących do działania "na skróty". Podobnie jak emocje. Czy można kogoś oceniać za to, że przeżywa emocje? Nie. Że myśli stereotypowo - oczywiście. Należy mu uświadomić, jak złym człowiekiem jest, bo krzywdzi innych. Ratunku!
W porządku jest dla mnie uświadamianie ludziom jak działają stereotypy, po to by mieć nad własnymi odruchami większą kontrolę. Uświadamiać ludziom stereotypy po to, by wzbudzać w nich poczucie winy - tak się dzieje zwłaszcza, gdy robią to osoby traktujące się jak poszkodowane przez stereotypy - i w ten sposób zachęcać ich do działania na rzecz równości - dosyć niskiego lotu manipulacja. Nawet, gdy niezamierzona.
Wracając do naszej preambuły "strukturalny charakter przemocy wobec kobiet" pachnie mi niczym innym jak stereotypem. Jak inni je stosują - źle. My możemy, jeśli służy ważnej sprawie. I dziwicie się państwo, że to budzi opór?
Takie ujęcie relacji obu płci z definicji ustawia kobiety na straconej pozycji. Najlepsze co może się wydarzyć - co zresztą się dzieje - jest stworzenie rozwiązań prawnych na zasadzie "punktów za pochodzenie". Często słyszę, że to rozwiązania tymczasowe - dopóki kobiety nie "rozepchają się łokciami" i nikogo nie będzie dziwić, że są w armii. Być może uda się osiągnąć wskaźniki ilościowe porównywalne dla obu płci. Równości rozumianej jak partnerskie relacje i uważanie się przez przedstawicieli obu płci za równych - nie. Nad czym bardzo boleję.
Drogie Panie! Czy coś Wam się należy, dlatego, że przez lata mężczyźni dominowali w relacjach. Nie. Czy należy się Wam równość. Tak. Po prostu.
Zapraszam do dyskusji.