
Z jednej strony słyszymy, że sytuacja jest dramatyczna. Z drugiej - że to marnowanie publicznych pieniędzy. To jak przyjaciele Warszawiacy? Podpiszecie się pod wnioskiem?
REKLAMA
Coś nam się zareferendziło ostatnio. Edukacyjne, teraz wisi groźba nad Hanną Gronkiewicz - Waltz. Może to jakaś szansa, by obywatele poczuli się odpowiedzialni za państwo? A może po prostu polityczna zawierucha.
Irytują mnie głosy, że referendum w sprawie odwołania prezydenta miasta to niepotrzebne wydatki. No cóż - koszta demokracji najniższe są w czasie dyktatury. Wtedy w ogóle nie wydaje się na wybory, referenda i inne niepotrzebne rytuały. Uważam, że na demokracji nie ma co oszczędzać. Pieniądze wydane to, by obywatele mogli się wypowiedzieć w jakiejś sprawie są dobrze wydanymi pieniędzmi. Jak słyszałem dzisiaj posłankę Kidawę - Błońską mówiącą o tym, że za koszt referendum to kilka przedszkoli to wstyd mi było, że mówi to osoba reprezentująca nasze państwo.
Z drugiej strony, mam wrażenie, że ustawa umożliwiająca przeprowadzanie referendum pomyślana była na wypadek, gdy dzieje się jakieś trzęsienie ziemi - prezydent miasta ukradnie pieniądze i nie będzie chciał opuścić miasta. Okaże się, że ratusz jest z dykty, bo prawdziwy burmistrz przepił. Wójt uzna, że najlepszą atrakcją na rynku będzie wysypisko śmieci. Oczywiście przerysowuję lekko, ale chcę przez to powiedzieć, że w moim rozumieniu takie referenda powinny odbywać się w sytuacjach nadzwyczajnych. Nie powinny zastępować zwykłych wyborów. Bo łatwo - na fali niezadowolenia społecznego - wzbudzać sprzeciw opowiadając o chaosie, brakach, niedoróbkach. Polacy nie lubią władzy (choć nie wszędzie).
W Warszawie bywam od czasu do czasu i nie mam pojęcia, jak się w niej żyje na co dzień. Dlatego pytanie - czy jest Wam aż tak źle, by trzeba było odwoływać obecną Prezydent w tak nadzwyczajnym trybie? Jest to pytanie bez tezy od przychylnego Wam mniej więcej Krakusa.
Irytują mnie głosy, że referendum w sprawie odwołania prezydenta miasta to niepotrzebne wydatki. No cóż - koszta demokracji najniższe są w czasie dyktatury. Wtedy w ogóle nie wydaje się na wybory, referenda i inne niepotrzebne rytuały. Uważam, że na demokracji nie ma co oszczędzać. Pieniądze wydane to, by obywatele mogli się wypowiedzieć w jakiejś sprawie są dobrze wydanymi pieniędzmi. Jak słyszałem dzisiaj posłankę Kidawę - Błońską mówiącą o tym, że za koszt referendum to kilka przedszkoli to wstyd mi było, że mówi to osoba reprezentująca nasze państwo.
Z drugiej strony, mam wrażenie, że ustawa umożliwiająca przeprowadzanie referendum pomyślana była na wypadek, gdy dzieje się jakieś trzęsienie ziemi - prezydent miasta ukradnie pieniądze i nie będzie chciał opuścić miasta. Okaże się, że ratusz jest z dykty, bo prawdziwy burmistrz przepił. Wójt uzna, że najlepszą atrakcją na rynku będzie wysypisko śmieci. Oczywiście przerysowuję lekko, ale chcę przez to powiedzieć, że w moim rozumieniu takie referenda powinny odbywać się w sytuacjach nadzwyczajnych. Nie powinny zastępować zwykłych wyborów. Bo łatwo - na fali niezadowolenia społecznego - wzbudzać sprzeciw opowiadając o chaosie, brakach, niedoróbkach. Polacy nie lubią władzy (choć nie wszędzie).
W Warszawie bywam od czasu do czasu i nie mam pojęcia, jak się w niej żyje na co dzień. Dlatego pytanie - czy jest Wam aż tak źle, by trzeba było odwoływać obecną Prezydent w tak nadzwyczajnym trybie? Jest to pytanie bez tezy od przychylnego Wam mniej więcej Krakusa.
