Nie ma lekko, panowie. Na wielu frontach. Od jakiegoś czasu mam poczucie "ogarniania" roli ojca, choć musiałem się zmierzyć z wszystkimi (i wszystkim), którzy lepiej wiedzą ode mnie, jak to jest być ojcem, facetem. Z matką, żoną i... czasami, w których żyjemy...
REKLAMA
Każdy z nas ma swoją własną historię zostawania ojcem. Ja obchodzę dzień ojca już (dopiero) po raz drugi. Od chwili, gdy na teście ciążowym wyszły "dwa paski", mnóstwo się pozmieniało we mnie, w naszym związku, Coś się skończyło, ale zaczęło się wiele nowych rzeczy. I generalnie podoba mi się kierunek.
Jestem jednym z wielu facetów, których wychowaniem zajmowała się mama. Mój tato, by zapewnić nam jako taki byt, wyjeżdżał do pracy wracając do domu na weekendy. Choć to duże uproszczenie, po tamtych czasach zostało mi sporo odpowiedzialności za siebie i innych, ale i kobiecej wizji tego, jak powinien się zachowywać mężczyzna w relacjach z kobietami. Długo by opisywać, ale był to koktajl zrobiony ze składników nie do pogodzenia: powinien być odpowiedzialny, czuły, aktywny, stabilny, wspierający, zarabiający na rodzinę, ale jednocześnie nie uważający zdobywania pieniędzy za cel życiowy, odnoszący sukcesy publiczne, ale i będący w domu przy żonie i dzieciach. Taki, któremu można się wygadać, który w dodatku sam opowiada o uczuciach. O wysokich kompetencjach interpersonalnych, ale jednocześnie znający się "na prądzie".
Z przeświadczeniem, że taki właśnie powinienem być zabrałem się za budowanie dojrzałego związku, w którym pojawiła się córka. Jak zwykle w takiej sytuacji pojawiła się perspektywa zmiany domu (z wynajmowanego na "kredytowy"), samochodu. Okazało się, że sprawa kredytu się przeciąga - w rezultacie przeprowadzaliśmy się miesiąc po urodzeniu się córki. Miesiąc, w którym żona wymaga najwięcej wsparcia. Którego powinienem udzielać.
Oczywiście, jako odpowiedzialny partner i przyszły tata uczestniczyłem w szkole rodzenia. Edukowałem się dzielnie z wszystkich etapów porodu, ćwiczeń wspierających żonę. Kilkanaście godzin na temat tego, jak to ciężkie zadanie dla kobiety i jak bardzo potrzebuje wsparcia, zakończone przepisem na rosół i informacją, że dobrze by było, gdyby żonę przywitać "wiechciem". Cóż, gotować to ja akurat potrafię. Był to jedyny moment w czasie całej tej szkoły poświęcony mniej więcej mnie, choć dalej w kontekście wspierania żony. Żeby było jasne - nie umniejszam w żaden sposób, jak trudny to moment i ile kosztuje kobietę. Tyle, że całej tej "światłej" i "nowoczesnej" szkole, nie pojawił się ani jeden moment edukacji wykraczającej poza skrypt: dla kobiety to trudny czas i zadaniem mężczyzny jest ją wspierać. Właściwie aberracją byłoby na przykład nieuczestniczenie w porodzie rodzinnym.
Tak więc dzielnie uczestniczyłem w tym wydarzeniu. Z dużą ambiwalencją. Wiem, że bardzo pomogłem żonie. Na szczęście sam poród nie okazał się być tak strasznym wydarzeniem, jak się obawiałem. Najbardziej - całej strony fizjologicznej. Sama myśl, że miałbym przecinać pępowinę wydawała mi się czymś obrzydliwym. Koniec końców ją przeciąłem - położna nawet się nie pytała, tylko dała mi nożyczki w rękę i kazała ciąć. Grzecznie posłuchałem, nie było tak źle, ale jakoś nie jest to najprzyjemniejsze wspomnienie w moim życiu.
Pojawienie się dziecka było trudnym momentem. Do tej pory miałem poczucie bycia najważniejszą osobą dla własnej żony. Nagle wylądowałem w roli podawacza pieluch (tak to przynajmniej wtedy przeżywałem), który w dodatku nie robi tego wystarczająco szybko, dobrze. Teraz - ciągle z czymś nie zdążałem: z sprzątaniem domu, pracą, zapewnianiem żonie wolnego czasu dla tego, by mogła odbudować swoje życie towarzyskie.
Dotarło wówczas do mnie (dzięki wsparciu innego faceta), że dalej tą drogą iść nie mogę. Że muszę sobie sam odpowiedzieć na pytanie, co to znaczy: być ojcem, mężem w tej sytuacji. Że nie dowiem się tego od żony. Że mam swoje własne priorytety do ustalenia. Że jak skoncentruję się na zarabianiu pieniędzy (żona jako prowadząca własną działalność gospodarczą, po odliczeniu składki chorobowej była co miesiąc parę stówek "do przodu" - nie wyrobię w wątku "sprzątanie". Że, gdy zostanę z córką - nie będzie zakupów. Że bycie dobrym ojcem nie polega na równie dobrym jak mama dobieraniu kolorystycznym strojów dla dziecka. Że w zasadzie mi to wisi, jak jest córa ubrana, bo jak wyjdziemy na spacer, to po powrocie i tak wszystko będzie do prania. Że w tym momencie ważniejsze jest wspieranie matki w tym, by mogła budować dającą dziecku bezpieczeństwo więź niż samemu bycie "tyle samo" co ona z córką.
Oczywiście, to dochodzenie do własnych priorytetów kosztowało sporo konfliktów. Mam jednak wrażenie, że byłem w sytuacji, w której i tak by się pojawiały. Bo nie byłem w stanie sprostać wszystkim oczekiwaniom, więc przynajmniej mogłem sam sobie pozwolić na bycie tym, kim się czuje bardziej.
Oczywiście, to dochodzenie do własnych priorytetów kosztowało sporo konfliktów. Mam jednak wrażenie, że byłem w sytuacji, w której i tak by się pojawiały. Bo nie byłem w stanie sprostać wszystkim oczekiwaniom, więc przynajmniej mogłem sam sobie pozwolić na bycie tym, kim się czuje bardziej.
Sam po sobie widzę, że nie bardzo pasuję do "przekazu dzisiejszych czasów", w których dąży się do równości pomiędzy matką i ojcem, żoną i mężem rozumianej jako "tylesamość". Tyle samo urlopu, godzin opieki, te same zadania w domu podzielone na pół. Te ostatnie dwa lata z okładem pokazały mi, jak różni (przynajmniej ja z żoną) jesteśmy. Biologicznie, społecznie... Że te różnice są źródłem raczej satysfakcji z życia, niż cierpienia i poczucia życiowej niesprawiedliwości. Że konflikt jest wpisany w ten okres bycia razem - w naszym przypadku służy raczej rozwojowi, niż krzywdzeniu.
Piszę ten tekst bardziej z dedykacją dla wszystkich panów, którzy gubią się w gąszczu społecznych, rodzinnych, kobiecych oczekiwań odnośnie tego, jak mają pełnić swoje role rodzicielskie i partnerskie. Mam wrażenie, że gdy zastanowicie się sami, co jest dla Was ważne, będziecie w tym wszystkim spokojniejsi. I więcej będziecie mogli zrobić nie tylko dla siebie, ale i własnej rodziny. Mądrych wyborów Ojcowie. Wszystkiego najlepszego!
Piszę ten tekst bardziej z dedykacją dla wszystkich panów, którzy gubią się w gąszczu społecznych, rodzinnych, kobiecych oczekiwań odnośnie tego, jak mają pełnić swoje role rodzicielskie i partnerskie. Mam wrażenie, że gdy zastanowicie się sami, co jest dla Was ważne, będziecie w tym wszystkim spokojniejsi. I więcej będziecie mogli zrobić nie tylko dla siebie, ale i własnej rodziny. Mądrych wyborów Ojcowie. Wszystkiego najlepszego!
