
Dalej świat mnie zadziwia. Zwłaszcza ten, w którym żyją urzędnicy odpowiedzialni za zamówienia publiczne. W świecie tym urzędnicy wiedzą, że przetarg z kryterium "najniższa cena" prowadzi nigdzie. A już na pewno nie do dobrej jakości szkoleń finansowanych ze środków publicznych. Wiedzą jednak też, że jak "przyjdzie kontrol" to będą się musieli gęsto tłumaczyć, że zastosowali inne. I wiedzą, że "kontrol" wie, że to lipne kryterium. Ale kontrol jest kontrol. Ma przynosić efekty. Czyli kary za nieprawidłowości. Na przykład 5% wartości projektu. A ten był 3 lata temu. To skąd my teraz weźmiemy te pieniądze? To pal sześć te szkolenia. I tak bezrobotny będzie bezrobotnym. Jedna wiedza drugiej wiedzy nie szkodzi.
W pewnym sensie urzędnicy często przypominają ofiary przemocy. Ich główna motywacja do działań to unikanie bodźców awersyjnych. Tak zachowują się poszkodowani przez przemoc znajdujący się w jakiejś trwałej relacji z prześladowcą. Zrobić wszystko - byleby go nie zdenerwowań, bo będzie bił. Tylko, że jak wróci pijany, to i tak uderzy - ofiara nie ma na to żadnego wpływu. Przyjdzie kontrola, to i tak zrobi swoje. W końcu jest po to, żeby karać. Ale i tak będziemy próbować zrobić wszystko, żeby miała jak najmniej pretekstów. W ogóle nie stwarzajmy sytuacji, w których coś będziemy musieli zinterpretować. Najlepiej, niech się tym zajmuje ktoś inny. Nie my.
Trzymając się tej analogii - osoby poszkodowane, które doświadczają PTSD (zespół stresu pourazowego) doświadczają "zawężeń" - ich świat kurczy się tylko do spraw związanych z urazem. Prób uniknięcia go ponownie, myślenia tylko o traumie, wycofania się z relacji społecznych, poczucia osamotnienia i niezrozumienia przez świat zewnętrzny. Takie osoby nie są w stanie pomóc samym sobie, a co dopiero innym. Nie podejmują żadnych twórczych działań, kurczowo trzymają się przyjętego schematu, nawet jeśli prowadzi on do ponownych traumatycznych wydarzeń.
Oczywiście - analogia nie w pełni tłumaczy mechanizmy prowadzące do podejmowania takich a nie innych decyzji przez urzędników. Nie można do końca tłumaczyć zachowań grup społecznych poprzez porównywanie do stanów jednostek. Niemniej jednak, znaczącym wydaje się być fakt, że to od decyzji całego systemu powiązań różnych instytucji zależy los olbrzymich pieniędzy wydawanych na zmiany społeczne. Budżet Europejskiego Funduszu Społecznego w Polsce w latach 2007-13 to blisko 12 miliardów euro. Program, który ma służyć wprowadzaniu zmian społecznych realizowany, rozliczany i kontrolowany jest przez warstwę społeczną najbardziej zmotywowaną do zachowywania status quo i utrzymywania świata takim jaki jest. Nawet, jeśli wiadomo o nim, że nie działa tak, jak powinien.
Zachowanie świętego spokoju przy tak olbrzymich środkach na wprowadzanie zmian nie jest zadaniem łatwym, ale bez paniki. Da się. "Szkoleniowcy" pomogą. Na 2 sposoby. Jak im ustawimy przetarg na najniższą cenę, to konkurując ze sobą dojdą do takich stawek, że szkolenia prowadzić będą albo tacy, co się na niczym nie znają, albo będą udawać, że coś robią. Dogadają się z uczestnikami, żeby się podpisali na listach - w ten sposób z 8 godzin zrobią się 2. Ze stawki 25 zrobi się 100 za godzinę, co jest już bliższe "rynkowej". Jak będą podpisy - wszystko się będzie zgadzać. Kontrol też przyjdzie na początku szkolenia zrobić zdjęcia, bo pod koniec ludzie to może do domu musieli pójść. No i nic się nie zmieni dla nikogo. Kowalski jak przychodził po zasiłek, tak będzie przychodził nadal. Po co nam ktoś nowy ma się pałętać po biurze.
Święty spokój można także osiągnąć inaczej. Na rynku w branży "przetargowej" działa sporo firm "spryciarzy". Organizują spotkania dla przedstawicieli samorządów - na przykład powiatowych centrów pomocy rodzinie. PCPRy mogą tworzyć systemowe projekty wspierania osób zagrożonych wykluczeniem: poszkodowanych przez przemoc, z rozbitych rodzin, z niepełnosprawnością etc. Nie muszą tego robić, ale wtedy starosta pyta się dyrektora: czemu u nas nie ma, w powiecie obok jest. Rodzi się więc problem - trzeba go napisać. "Spryciarze" oferują "gotowce" w zamian za takie ustawienie przetargów, by zgarnąć całą pulę wykonawczą. Łącznie z koordynacją, zarządzaniem. Nie wchodząc nawet w dyskusję o prawnym tego aspekcie - takie działania z definicji nie przyniosą wiele korzyści - są po prostu prawie całkiem oderwane od potrzeb lokalnych społeczności, a oferowane formy wsparcia w wielu aspektach nietrafione. Nawet gdyby były prowadzone przez najlepszych fachowców (co się rzadko zdarza), to trafiają w społeczną próżnię. Ale z listami się zawsze pokombinuje. Jakby co, to urzędnik pomoże. W końcu spokój jest najważniejszy.
