Żyjemy w czasach Wielkiej Zmiany. Dotyczy ona przebiegu, kontekstu i rozumienia sytuacji, w której ktoś zdobywa nowe umiejętności, wiedzę. Ci, co próbują nauczać, zwłaszcza w oparciu o budowanie swojego autorytetu, są skazani na wymarcie.

REKLAMA
1. Przypuszczam, że wielu z Państwa uczestniczyło kiedyś w szkoleniu prowadzonym przez Bardzo Kompetentnego Trenera. Bardzo Kompetentny Trener miał bajerancką prezentację, potrafił odpowiedzieć na każde pytanie. Zapewne dobrze się bawiliście na tym szkoleniu. Być może było nawet jakieś ćwiczenie obrazujące tezy, które głosił trener. Gdy ktoś próbował "zagiąć" trenera, ten wybrnął z każdej sytuacji, nie dał się zapędzić w kozi róg. To był człowiek, który wiedział o tym, o czym mówił. A jak człowiek, który nie daje się zapędzić pod ścianę trudnymi pytaniami mówi to, co mówi, to znaczy, że tak jest. I trzeba mu wierzyć. Po miesiącu pamiętamy, że trener coś mówił i że to mądre było.
2. W szkole był każdy z nas. Ciekawe, kto z nas był idealnym dla 80% nauczycieli uczniem. Posłusznym, nie sprawiającym kłopotów?
3. Co za nieznośne i nieambitne pokolenie, a kolejną literką, Y chyba. Kiedyś edukacja miała wartość samą w sobie. A teraz, bezczelni studenci pytają się "po co im to?" Nie ma już ludzi, którzy uczą się po to, by się rozwijać. Chcą mieć korzyści, pewnie tylko merkantylne.
Wszystkie trzy powyższe ilustracje dotyczą modelu edukacji - czyli sytuacji rozwijania czyjejś wiedzy, umiejętności - "klasycznego". Tak dla uproszczenia. Opiera się on o kilka założeń:
1. Słowo opisujące proces to "nauczanie": istnieje więc osoba nauczająca i nauczana.
2. Nauczający jest mądrzejszy od nauczanego. Wie lepiej, więcej, jest lepszym ekspertem. Ma rację. Im lepszy ekspert, tym większa szansa, by się czegoś nauczyć.
3. Relacja pomiędzy nauczającym a nauczanym, to relacja skośna. Aby do nauczania doszło, musi dojść do wzajemnej akceptacji ról osoby dominującej i podporządkowującej się. Niepodporządkowanie się przez uczącego nauczającemu, jest jednocześnie zamachem na sam proces uczenia się. Gdy uczony nie zgadza się podporządkować, nauczający nie ma narzędzi, by wywołać pożądaną zmianę u ucznia.
4. Odpowiedzialność za proces uczenia się jest po stronie uczącego. To on dobiera materiał, sprawdza jego przyswojenie. Odpowiedzialny jest także za formę przekazu, a także jego odbiór. Jest zwykle rozliczany za skutek tego procesu: oceny w ankietach ewaluacyjnych, oceny uczniów etc.
5. Wpływ uczącego się na proces nauczania jest niewielki. Zwykle nawet decyzja o uczestniczeniu w tym procesie nie należy do niego, a do państwa, rodziców, szefa zamawiającego dane szkolenie.
Ten model edukowania ćwiczymy od tysiącleci. Jesteśmy za to świadkami jego coraz szybciej postępującego rozkładu - Wielkiej Zmiany. To znaczy nadeszły ciekawe czasy. Przyczynia się do tego internet, ale nie tylko.
Media epatują częstymi opisami agresji w szkołach, politycy grzmią o nieskuteczności szkoleń dla bezrobotnych. Fala krytyki dopadła także ostatnio wyższe uczelnie. Zarzuca się wielu z nich "produkowanie" absolwentów, z porzuceniem dbałości o jakość nauczania. A nawet te, które dbają o swoje wyniki - UJ i UW lądują w 4 setce rankingu szanghajskiego. Jedną z przyczyn tego edukacyjnego fermentu jest tkwienie na siłę w "klasycznym" modelu edukowania, który coraz mniej pasuje do czasów, w których żyjemy.
Wyobraźmy sobie, że mamy obowiązek co 2 lata kupować pralkę. Jesteśmy przypisani do konkretnego sklepu. Jak trochę pokombinujemy, to możemy się zapisać do innego sklepu. Sprzedawcy w tym sklepie dokładnie wiedzą, jakiej pralki potrzebujemy. Wiedzą, bo wcześniej siedli we trzech i wymyślili, jakie pralki sprzedają. Doszli do wniosku, że najlepsze pralki to 6 kilogramowe, ładowane od góry, w kolorze metalic. Firmy Bosz. Dobrze znają się na pralkach i tylko takie nam sprzedadzą. W dodatku, musimy po pralkę przyjechać dokładnie tego i tego dnia, takim i takim samochodem (bo w nich przewozi się najlepiej pralki), ma po nie przyjść 2 chłopa o wzroście powyżej 1,75, bo innym byłoby nieodpowiedzialnie powierzać pralkę Bosz. Wcześniej, w czwartek o 18-tej musimy przyjść na spotkanie, w którym powiedzą nam, jakie błędy popełnialiśmy w użytkowaniu poprzedniej pralki. Inaczej nie dostaniemy nowej.
Bardzo wielu z nas, kupując pralkę najpierw przeszukuje internet szukając tego, czym w ogóle pralki różnią się od siebie. Mniej więcej próbujemy określić na podstawie tego, co potrzebujemy. Popytamy znajomych. Jak się nam nie chce szukać, to po prostu wejdziemy do pierwszego lepszego marketu i kupimy tą, którą poleci nam sprzedawca albo tą, która stała najbliżej wyjścia. Jak nie trafimy w swoje potrzeby - będziemy mieć pretensje do samych siebie. Chyba, że ktoś nas oszuka - wtedy możemy dochodzić swoich praw.
Nie wiem, jak Państwu, ale mnie bliższy jest ten drugi model "kupowania pralki". Upraszczając - takie mamy czasy, w których bierzemy odpowiedzialność za swoje wybory. Dzieje się tak w różnych dziedzinach życia, tylko jakoś tak nie bardzo jeszcze w szeroko rozumianym edukowaniu: na różnych szczeblach edukacji formalnej, szkoleniach, stażach. Oczywiście - zdobywanie wiedzy, umiejętności jest procesem dużo bardziej złożonym niż kupowanie pralki. W podanym wyżej przykładzie chodziło mi jednak o wskazanie podmiotowości osoby podejmującej decyzje.
Pewną cechą "pokolenia Y", młodszych od nich, ale także coraz częściej - starszych jest oczekiwanie bycia traktowanym jak podmiot, który ma wpływ na to, co robi. Niezależnie od obszaru działalności. Młodzi ludzie chcą sami podejmować decyzje. Chcą sami określać, co im się przyda, a co nie. Nie tylko w funkcjach pralki, ale i edukacji. Stąd pytanie "co ja z tego będę miał?" interpretowane często jako wyraz braku zainteresowania "ogólnym rozwojem" albo egoizmu.
Pytanie to działa jak płachta na byka na "edukatorów" opierających swoje działania na "autorytecie". Żebym ja musiał się tłumaczyć gimnazjaliście - po co mu to? To podważa mój autorytet. Ano podważa, bo niby czemu ten autorytet ma być? Za co? Ta chęć decydowania o sobie samych jednocześnie odbiera narzędzia edukującym. Jak nie autorytet, to co?
Ano zmiana sposobu myślenia. Jak nie chcesz być dinozaurem to spróbuj czegoś innego. Na przykład patrzenia na proces uczenia jako na "'stwarzanie sytuacji edukacyjnych", w których może dojść do "nauczenia się" czegoś przez uczącego się.
Jak w przypadku "klasycznego" model oparty o sytuację edukacyjną ma swoje założenia:
1. Zamiast "nauczania" jest "stwarzanie szans do rozwoju". Biorący udział w tym procesie to osoba ucząca się i ta, która stwarza do tego warunki.
2. Osoba stwarzająca warunki do uczenia się, musi być ekspertem od tego właśnie. Ma znać się na samym przebiegu procesu uczenia się, umieć zbudować relację, w której osoba rozwijająca się będzie się czuła bezpiecznie na tyle, by eksperymentować ze zdobywaniem wiedzy, umiejętności. Nie musi wiedzieć wszystkiego o samym "materiale". Ma też zapewnić niezbędne narzędzia do uczenia się. W dzisiejszych czasach zdobycie odpowiedzi na konkretne pytania to kwestia sekund. Trudniej stworzyć grupę, w której młodzi ludzie sami zaczną szukać tych odpowiedzi.
3. Relacja w sytuacji edukacyjnej to relacja partnerska. Oczywiście z zaznaczeniem różnic kompetencji, przy czym fakt, że posiadam ich więcej nie czyni ze mnie kogoś "lepszego", posiadającego więcej praw. Partnerstwo jest na poziomie "człowiek" z "człowiekiem". Łączy nas natomiast umowa regulująca nasze wzajemne oczekiwania i powinności.
4. Odpowiedzialność za proces zdobywania kompetencji leży po obu stronach. Osoba ucząca się jest aktywnym twórcą tego procesu. Ma swoje oczekiwania, potrzeby, ale też bierze odpowiedzialność za ich artykułowanie. W tym modelu to ona wie lepiej, co jest dla niej potrzebne. Osoba wspierająca w rozwoju towarzyszy uczącemu się. Potrafi wskazać możliwe konsekwencje wyborów dokonywanych przez ucznia, pomaga zrozumieć zdobywaną wiedzę, poradzić sobie z przeszkodami po drodze.
5. Widać już, że wpływ na to, czego chce się nauczyć osoby uczącej się jest znacznie rozbudowany. Prowadzący proces nie jest odpowiedzialny za to, żeby się "chciało" uczącemu. Oczywiście, jego obowiązkiem jest pokazywać konsekwencje "niechcenia", odpowiedzialność za to jest jednak po stronie uczącego się.
Na szczęście,jest coraz więcej miejsc, w których mówi się o sytuacji edukacyjnej, nie o nauczaniu.