Gimnazja nie mają dobrej prasy. Zauważyli to obrońcy dzieci proponujący referendum edukacyjne. Założę się z Państwem, że to pytanie dotyczące ich likwidacji uzyska najwięcej głosów na "tak". "Wszyscy" wiedzą, że odejście od 8-klasowej edukacji spowodowało same klęski. Mam jednak wątpliwości, czy ta opinia jest zasłużona, albo czy podawane jako ilustracje problemu różne wydarzenia z gimnazjów wynikają na pewno z samego faktu istnienia tych szkół.

REKLAMA
Wprawdzie na żadne z pytań w referendum edukacyjnym nie odpowiem tak (jeśli do niego dojdzie, co prawdopodobne), myślę jednak, że może to być impuls do podjęcia rzeczowej dyskusji o kształcie naszego systemu edukacji, do której Państwa zapraszam. Jest nam wszystkim bardzo potrzeba, z wielu względów. Nasze podejście do rozwoju wiedzy, umiejętności, postaw dzieci i młodzieży wymaga zmian u samych podstaw: na czym ma polegać tworzenie sytuacji edukacyjnych, za co jest odpowiedzialny nauczyciel, uczeń, rodzic? Co (jakie sfery życia) powinno być obszarem zainteresowania szkoły? Czy warto kontynuować system rozwoju wiedzy oparty o XIX w. założenia, że wiedza uczyni człowieka szczęśliwszym - uczmy więc na przedmiotach poszczególnych nauk.
Jak bardzo zindywidualizowany powinien być rozwój poszczególnych uczniów - co zyskujemy a co tracimy na tym, że każdy sam sobie wybiera czego się uczyć/nikt nic nie wybiera. Myślę, że musimy w analizach zejść do takich podstaw, gdyż nasza obecna szkoła nie wytrzymuje kontaktu z rzeczywistością. Na przykład sposób opisywania działań, dokonań, określania celów edukacyjnych w dokumentach przygotowywanych przez nauczycieli osiąga już poziom wręcz magicznego zaklinania rzeczywistości. Widać to chociażby w gigantycznym wysiłku, który podjęli nauczyciele 2 lata temu, kiedy to mieli stworzyć Karty Indywidualnych Potrzeb Ucznia.
Miały one być w zamyśle narzędziem do zastanawiania się nad potrzebami uczniów "odbiegających od normy", planowania dostosowanych do ich wymagań działań obejmujących różne formy działań reparacyjnych, terapeutycznych etc. Stworzono tony papierów, z których ani jeden (idę o zakład) nie opisywał tego, co faktycznie działo się w temacie pomocy temu konkretnemu uczniowi. Na szczęście nawet ministerstwo zorientowało się że przesadziło w swoim myśleniu życzeniowym i wycofało się z pomysłu. Przez 2 lata mieliśmy jednak, na poziomie dokumentacji, uczniów z najbardziej zadbanymi potrzebami na świecie!
W tym kontekście, pytania w ogólnokrajowym referendum o liczbę godzin historii i jej "pełny program" - cokolwiek by to miało znaczyć, wydają się być dotyczącymi tak technicznych detali, że sens organizowania w tej sprawie narodowego plebiscytu jest mocno wątpliwy. Proponuję następnym razem pytać się o liczbę połączeń kolejowych między Krakowem a Wieliczką.
Liczba godzin historii, podobnie jak istnienie gimnazjów, będzie jednak podlegało publicznej debacie. Obawiam się, że będzie ona opierała się na prostej, medialnej symbolice, połączonej ze wzbudzaniem lęków, relacjami live sprzed szkoły, w której jeden uczeń pobił drugiego, dowodzącymi że gimnazja to samo zło, skoro "takie" rzeczy się w nich dzieją.
Jest kilka zarzutów wobec tego typu szkół przytaczanych w mediach. Najczęstsze dotyczą dużego poziomu agresji w ich murach, anonimowości uczniów, przerwaniu więzi, którą nauczycieli mogli budować z uczniami w 8-klasowej szkole podstawowej, powtarzania materiału ze szkoły podstawowej.
Przypomnę Państwu, że gimnazja istnieją w Polsce od ponad 10 lat. W tym czasie świat bardzo nam się zmienił. Okres ten, to praktycznie całe życie dzisiejszych gimnazjalistów. W tym czasie na masową skalę pojawił się internet, przebudował się w Polsce model rodziny, wybuchł kryzys ekonomiczny. Zmieniła się dieta, co powoduje na przykład że dzisiejsze dziewczęta zaczynają dojrzewanie ok. 2 lata wcześniej niż te przed 89 rokiem. Te i wiele innych czynników kształtowały dzisiejszych nastolatków. Łatwo obciążać gimnazja za całe zło dotykające młodzież. Nie wiemy jednak, co by się działo w szkołach dzisiaj, gdyby utrzymać istniejący wcześniej system. Nie założyłbym się, że byłoby lepiej.
To prawda, że poziom agresji w gimnazjach jest dosyć wysoki. Badania Dana Olweusa plasują nasz kraj mniej więcej w średniej europejskiej pod względem natężenia tego zjawiska. Żyjemy jednak w "agresywniejszych czasach": widać to w języku polityki, mediów etc. Wzrost liczby zachowań agresywnych w gimnazjach (w porównaniu z podstawówką) wiązałbym raczej z wiekiem, a nie rodzajem szkoły. Wraz z adolescencją i przynależnym to tego okresu buntem, rośnie liczba zachowań próbujących "granice" - m.in. agresji.
Problemem jest to, że nauczyciele nie znajdują w sobie zasobów do mierzenia się z tym zjawiskiem: wiedzy, umiejętności, poczucia wpływu na otaczającą ich rzeczywistość, pozytywnych doświadczeń współpracy z kolegami. Nie ułatwia obserwowane przeze mnie w wielu szkołach poczucie tkwienia w "oblężonej twierdzy": wszyscy są przeciwko nauczycielom: media, rodzice, władze oświatowe etc. Dotyczy to niestety całego systemu edukacji. Na żadnym poziomie edukacji nauczyciele nie są przygotowani do pracy z przemocą. W szkołach podstawowych uczniowie jeszcze nie są tak agresywni, a w szkołach średnich samo im przechodzi. Wynika to z wieku, a nie jakiejś skuteczności działań zapobiegawczych albo interwencyjnych.
Anonimowość uczniów w gimnazjach wynika z wielu przyczyn. Nie jest jednak specjalną filozofią uczynić ich nieanonimowymi - wystarczy kilka ćwiczeń integracyjnych albo wyjazd na kilka dni z klasą na początku roku szkolnego. Trzeba jednak chcieć poznawać się z uczniami. Nie bać się ich.
Owa więź, którą rzekomo tworzyli nauczyciele przez 5 lat edukacji ze swoimi uczniami w poprzednim systemie należy włożyć do bajek. Nie ma żadnych badań, które by potwierdzały ten stereotyp. Zaznaczę tutaj, że dzisiejsi uczniowie mają znacznie bardziej upośledzoną zdolność do tworzenia więzi niż było to 10 lat temu. Odpowiedzialność za to ponosicie niestety Wy, rodzice. Nie szkoła. Zdolność ta tworzy się w relacjach z rodzicami, nie w szkole. Inną sprawą jest to, że nauczyciele nie mają umiejętności pracy z uczniami z deficytami w tworzeniu więzi.
Materiału w gimnazjum już też się nie powtarza z podstawówki, przynajmniej nie powinno się. Częste są jednak sytuacje, w których nauczyciel musi nadrabiać braki ze szkoły podstawowej. Jest to frustrujące dla tych, którzy braków nie mają.
Moim zarzutem do gimnazjów jest natomiast to, że nie uwzględniają potrzeb rozwojowych młodzieży we wczesnej fazie dojrzewania. O ile w szkole podstawowej, a później w szkołach średnich osiąganie sukcesów edukacyjnych jest jednym z ważniejszych czynników budujących samoocenę, wiedzę o sobie, poczucie własnej wartości, o tyle w wieku "gimbusów" znaczenie mają zupełnie inne rzeczy.
Ważne są przede wszystkim relacje z rówieśnikami, pozyskiwanie informacji zwrotnych na swój temat od kolegów i koleżanek, bycie akceptowanym/odrzucanym przez grupę. Słowem - rozwój społeczny. W tym czasie młodzi ludzie usiłują uczyć się bycia z innymi jako samodzielne osoby, motywacja do nauki "przedmiotów" schodzi często na dalszy plan. To naturalny proces, o którym wiemy od dawna. Nie przeszkadza nam to jednak z uporem godnym lepszej sprawy zawzięcie uczyć matematyki - rozwój umiejętności społecznych zostawiając na 10 minut godziny wychowawczej w tygodniu.
Uważam, że nie jest złym pomysłem oddzielenie 15 latków od 7 latków, pod warunkiem, że zauważy się ich inne potrzeby. Powinniśmy zmienić cel kształcenia w tym czasie. Przesunąć go z ciągłego kształcenia młodych naukowców na rozwój kompetencji społecznych. 16-latek z pozytywną samooceną zbudowaną w czasie gimnazjum bardzo szybko nadrobi to, czego nie nauczyłby się z matematyki, gdyby miał więcej zajęć integracyjnych. Straumatyzowny przez kolegów o niskich kompetencjach społecznych uczeń nie dość, że nie będzie umiał matematyki, to jeszcze nie będzie sobie radził z życiem w ogóle.
W pomyśle na referendum dostrzegam jednak pozytywny aspekt: gotowość do podjęcia odpowiedzialności za los swoich dzieci w szkole przez rodziców. Bardzo tego brakuje, a właściwie budowania partnerskich relacji rodziców i nauczycieli w sprawie rozwoju dzieci. Za ich brak odpowiedzialni są zresztą jedni i drudzy.
W tekście tym przedstawiam swój punkt widzenia jako osoby na co dzień zajmującej się problematyką bezpieczeństwa w szkołach, dlatego zdaje sobie sprawę z tego, że to rzutuje na poglądy w tej sprawie. Ciekaw jestem Państwa pomysłów - z tych miejsc, gdzie jesteście. Zapraszam do dyskusji.