Oburzać się na narodowców jest prosto, koledzy. Tym bardziej, że robili oni obrzydliwe rzeczy. Obawiam się jednak, że to nie wystarczy, by przestali. Nawet pozamykanie ich w więzieniach nic nie wniesie, jeśli nie znajdziemy sposobu, na budowanie wspólnoty.

REKLAMA
Każdy z nas potrzebuje życia we wspólnocie (może z małymi wyjątkami). Posiadania własnego miejsca, określenia kto jest jej członkiem, wsparcia w trudnych chwilach. Jesteśmy istotami społecznymi, jak twierdzi jeden ze znanych autorów podręczników psychologii społecznej.
W dużym uproszczeniu, możemy naszą wspólnotę budować na 2 sposoby. Oba bardzo dobrze widać na przykładach podstawowych w pewnym okresie wspólnot wykraczających poza rodzinę: klas szkolnych.
Pierwszy oparty jest o tworzenie więzi. W grupie takiej funkcjonują dosyć jasne zasady: każdy ma prawo głosu, nie akceptujemy zachowań agresywnych, nie musimy się wszyscy lubić, ale ze sobą współpracujemy. Lubimy swoją przestrzeń, czujemy się w niej bezpieczni. Świat zewnętrzny nam nie zagraża. Obcych witamy ciepło, gościnnie, nie tracąc jednak perspektywy, że to nie "my". Do różnych zadań mamy różnych liderów - kto inny pokieruje klasą, gdy organizujemy wycieczkę, a kto inny będzie nadawał ton w czasie imprezy klasowej. Łączą nas partnerskie relacje. Konflikty rozwiązywane są na drodze negocjacji, a jak sami nie dajemy rady - wzywamy mediatora. Nikt nie jest wykluczany, aczkolwiek są osoby mniej lub bardziej popularne.
Drugi sposób powstaje dzięki agresji i lękowi. Wspólnota jest tworzona "przeciwko", w oparciu o zagrożenie ze strony wroga. Może być wewnętrzny, zewnętrzny. Potrzebujemy w niej także własnej, "niezdrowej tkanki", którą będziemy szykanować, niszczyć: ku przestrodze i zwieraniu szeregów. Wspólnota jest tworzona w oparciu o poczucie "takosamości". Wszelkie objawy odmienności, które w pierwszym przypadku raczej wzbogacają wspólnotę, tu jej zagrażają. Obcy jest z gruntu podejrzany, służy wspólnocie do tego, by podsycać tworzący ją lęk. Wszelkie zmiany noszą zagrożenie. W pierwszym przypadku wspólnota się ich raczej nie obawia, jeśli nie są bardzo rewolucyjne - dzięki nim jest żywym tworem, coś się w niej dzieje. W tym - zagraża poczuciu stabilności, takosamości. Władza jest jedna, oparta na sile i szykanach, rozdająca przywileje, rozwiązująca konflikty za swoich członków.
Moja praca w szkołach polega na przekształcaniu wspólnot drugiego typu w pierwszy, co nie jest ani proste, ani "gwarantowane". Agresja w klasach szkolnych zwykle właśnie ma swoje źródło w tworzeniu wspólnoty "przeciw". W roli wroga zewnętrznego obsadzani są zwykle nauczyciele, policja (bardziej mitycznego). Mamy także swoich wrogów wewnętrznych - jakiegoś "pedała", kujona etc. Jest też swoja niezdrowa tkankę: najsłabszy uczeń w roli kozła ofiarnego, na którym możemy odreagować swoje lęki, frustracje, a także niezałatwione między sobą konflikty. Po to, by zbudować poczucie "takosamości" każdy musi zrezygnować z jakiejś części siebie. To także wymaga odreagowania. Władzę sprawują w takich klasach zazwyczaj uczniowie o rysie psychopatycznym - zdobywają ją poprzez wszelkie dostępne im formy przemocy. Są akceptowani, gdyż dają poczucie stabilizacji. Oferują jakieś przewidywalne miejsce w strukturze klasowej, nawet jeśli wiąże się ona z byciem pomiatanym. Są także tacy, co mają przywileje większe niż inni.
Żeby zmienić taką sytuację musi zajść wiele czynników. Po pierwsze uczniowie muszą nauczyć się jak budować wspólnotę opartą o więzi - nabyć kompetencji społecznych. Po drugie "wróg" musi przestać się zachowywać jak wróg: nauczyciele muszą potrafić egzekwować swoją władzę w sposób nieagresywny i nie mieć żadnego interesu, by w klasie panowała przemoc. Sami muszą mieć zbudowaną własną wspólnotę w sposób, który nie potrzebuje wroga. Po trzecie - klasa musi mieć odwagę, by zmienić swojego dotychczasowego lidera. Daje ją poczucie, że mogą liczyć na pomoc z zewnątrz oraz, że każdy akt przemocy z jego strony spotka się z konsekwencjami.
Gdy słuchałem wczoraj relacji ze stolicy ogarnął mnie smutek. Od lat obserwujemy w szkołach wzrost liczby klas ze wspólnotowością drugiego typu. Alarmujemy o tym, że młodzież po takich doświadczeniach, stając się dorosłymi zacznie urządzać świat po swojemu. Obawiam się, że właśnie się to dzieje.
Oczywiście - wydarzeń w Warszawie nie można rozpatrywać jednoczynnikowo, zarówno jeśli idzie o przyczynę: doświadczenia szkolne, ani o funkcję tego zachowania: poszukiwanie wspólnoty. Myślę jednak, że bardzo symboliczna warstwa tych wydarzeń sama narzuca analogię. Mamy i "takosamość": narodowe barwy, zewnętrznego i wewnętrznego wroga (ambasada rosyjska i tęcza - symbol ruchu LGBT), własną zepsutą tkankę (squat), można by tak jeszcze długo wymieniać.
Jesteśmy narodem o najniższym zaufaniu społecznym w Europie. W dużej mierze zajmujemy się albo własnym biznesem, albo rodziną. Wspólnotowości u nas za grosz. Narodowcy postanowili ją nam zbudować. Po swojemu - tak jak potrafią. W sposób, który będzie wykluczał, krzywdził, zrażał do nas sąsiadów, poszukiwał konfliktów wewnątrz i na zewnątrz. Z punktu widzenia statystycznego Kowalskiego, jest to jednak lepsze niż brak wspólnoty. I jakoś nie widać, by ktoś oferował alternatywę. Bo nawet marsz Prezydenta jest dla tych, którzy mają pozytywne zdanie o sobie, swoim środowisku, posiadają kompetencje do budowania więzi. To nie jest na razie oferta dla tych, co nie doświadczyli nigdzie wspólnoty opartej właśnie o więzi. A takich ludzi w Polsce są miliony. Z każdymi wakacjami pojawiają się setki tysięcy nowych.