Ludzie się boją. Wybuchu wojny, Putina, rozlewu krwi. Wbrew temu, co do niedawna twierdził prof. Janusz Czapiński, nie jest to strach przeżywany jak dobry horror: włączamy telewizję by trochę urozmaicić nasze szare życie. To realne poczucie zagrożenia. Lęku o swoją rodzinę, siebie samego. Czy to dobrze że się boimy? Czy potrzebujemy strachu?
REKLAMA
Strach bywa często zaliczany do tzw. negatywnych emocji. Bywa, że wstydzimy się swojego strachu. Wypieramy go, uważamy za "niemęski". Strach nie ma dobrej opinii.
Tymczasem, jak każda emocja, czemuś służy. Odczuwanie strachu to "droga na skróty" - szybkie mobilizowanie organizmu do działania w sytuacji zagrożenia. Dzięki niemu uciekamy lub walczymy - unikając "strat własnych".
Podobnie jak z miłością, odrazą i innymi afektami może być go za dużo/za mało/w sam raz. Wyobraźmy sobie całe życie, w którym odczuwamy tylko radość. Albo tylko złość. Brrr.
Strach jest naszym sojusznikiem wtedy, gdy ta reakcja emocjonalna pojawia się w adekwatnych sytuacjach i w natężeniu do nich odpowiednich. To znaczy w sytuacjach, które są realnie zagrażające, a stopień strachu jest adekwatny do poziomu zagrożenia. Inaczej pojawiają się kłopoty. Na przykład wtedy, gdy niezagrażające sytuacje interpretujemy jako niebezpieczne. Czyjąś neutralną wypowiedź uważamy za wrogą w stosunku do nas. Zaczynamy się wówczas bronić lub uciekamy - ponosząc tego później konsekwencje. Dzieje się tak często w wyniku doświadczonej wcześniej traumy - czy to w rodzinie, czy na polu bitwy. Organizm fizjologicznie "zawiesza się" na stanie zagrożenia i interpretuje większość sygnałów jako wrogie.
Paradoksalnie, odwrotna sytuacja - nie dostrzeganie realnego zagrożenia - również może być wynikiem doznanych krzywd. Zwykle tych, których ofiarą padliśmy jako dzieci. Dziecko najbardziej na świecie potrzebuje mieć poczucie, że ma bezpiecznych dla siebie opiekunów. Jeśli faktycznie tacy nie są - uczy się nie zauważać, że jest krzywdzone. Odcina się od własnego ciała, wytwarza całą masę opiatów endogennych, dzięki którym wchodzi w swego rodzaju trans - mechanizmów niezauważania krzywdy własnej jest kilka. Mówiąc krócej: uczy się w ten sposób nie zauważać, że się boi. I nie reagować lękiem na sytuację zagrożenia. Stąd na przykład częste przypadki wchodzenia kobiet doświadczających przemocy jako dzieci w związki z partnerami stosującymi przemoc. Potrzebują silnego opiekuna, ale nie zauważają, że jest agresywny. Nie boją się go. A byłoby by zdrowiej, by się bać.
Strach odbieramy na 3 sposoby. Jako emocję, jako reakcję skórno - galwaniczną (na przykład "gęsia skórka") i jako reakcję mięśniową (napięcie mięśni). Co ciekawe "psychopaci" nie odczuwają strachu (lub prawie nie odczuwają) jako emocji - za to znacznie bardziej niż cała reszta reagują na 2 pozostałe sposoby. To właśnie niedobór strachu powoduje, że nie są w stanie uczyć się z relacji społecznych. Dlatego też nie działają na nich kary - niczego ich nie uczą, bo się nie boją.
Strach powoduje poszukiwanie wsparcia u najbliższych i "zwieranie szeregów", co często wykorzystują politycy. Prawie w ogóle nie działa jako czynnik chroniący na przykład przed sięganiem po używki. Wszelkie kampanie pod tytułem "jak będziesz pić to ci mózg wypadnie" są tylko marnowaniem, najczęściej publicznych pieniędzy. Amerykanie swego czasu wydali prawie 1,5 miliarda dolarów na straszenie nastolatków skutkami używania marihuany. W rezultacie spożycie wzrosło...
Dlatego w odpowiedzi na pytanie: "bać się czy nie bać?" odpowiem "bać się", jeśli jest czego, w stopniu adekwatnym do zagrożenia. Inaczej napytamy sobie biedy. I apeluję o rozwagę do tych, próbują coś załatwić wzbudzaniem lęku, nawet w "słusznej sprawie": wychować na dobrego człowieka, skonsolidować Polaków. To rzadko przynosi spodziewane efekty, a zawsze przynosi niepożądanie skutki.
Tymczasem, jak każda emocja, czemuś służy. Odczuwanie strachu to "droga na skróty" - szybkie mobilizowanie organizmu do działania w sytuacji zagrożenia. Dzięki niemu uciekamy lub walczymy - unikając "strat własnych".
Podobnie jak z miłością, odrazą i innymi afektami może być go za dużo/za mało/w sam raz. Wyobraźmy sobie całe życie, w którym odczuwamy tylko radość. Albo tylko złość. Brrr.
Strach jest naszym sojusznikiem wtedy, gdy ta reakcja emocjonalna pojawia się w adekwatnych sytuacjach i w natężeniu do nich odpowiednich. To znaczy w sytuacjach, które są realnie zagrażające, a stopień strachu jest adekwatny do poziomu zagrożenia. Inaczej pojawiają się kłopoty. Na przykład wtedy, gdy niezagrażające sytuacje interpretujemy jako niebezpieczne. Czyjąś neutralną wypowiedź uważamy za wrogą w stosunku do nas. Zaczynamy się wówczas bronić lub uciekamy - ponosząc tego później konsekwencje. Dzieje się tak często w wyniku doświadczonej wcześniej traumy - czy to w rodzinie, czy na polu bitwy. Organizm fizjologicznie "zawiesza się" na stanie zagrożenia i interpretuje większość sygnałów jako wrogie.
Paradoksalnie, odwrotna sytuacja - nie dostrzeganie realnego zagrożenia - również może być wynikiem doznanych krzywd. Zwykle tych, których ofiarą padliśmy jako dzieci. Dziecko najbardziej na świecie potrzebuje mieć poczucie, że ma bezpiecznych dla siebie opiekunów. Jeśli faktycznie tacy nie są - uczy się nie zauważać, że jest krzywdzone. Odcina się od własnego ciała, wytwarza całą masę opiatów endogennych, dzięki którym wchodzi w swego rodzaju trans - mechanizmów niezauważania krzywdy własnej jest kilka. Mówiąc krócej: uczy się w ten sposób nie zauważać, że się boi. I nie reagować lękiem na sytuację zagrożenia. Stąd na przykład częste przypadki wchodzenia kobiet doświadczających przemocy jako dzieci w związki z partnerami stosującymi przemoc. Potrzebują silnego opiekuna, ale nie zauważają, że jest agresywny. Nie boją się go. A byłoby by zdrowiej, by się bać.
Strach odbieramy na 3 sposoby. Jako emocję, jako reakcję skórno - galwaniczną (na przykład "gęsia skórka") i jako reakcję mięśniową (napięcie mięśni). Co ciekawe "psychopaci" nie odczuwają strachu (lub prawie nie odczuwają) jako emocji - za to znacznie bardziej niż cała reszta reagują na 2 pozostałe sposoby. To właśnie niedobór strachu powoduje, że nie są w stanie uczyć się z relacji społecznych. Dlatego też nie działają na nich kary - niczego ich nie uczą, bo się nie boją.
Strach powoduje poszukiwanie wsparcia u najbliższych i "zwieranie szeregów", co często wykorzystują politycy. Prawie w ogóle nie działa jako czynnik chroniący na przykład przed sięganiem po używki. Wszelkie kampanie pod tytułem "jak będziesz pić to ci mózg wypadnie" są tylko marnowaniem, najczęściej publicznych pieniędzy. Amerykanie swego czasu wydali prawie 1,5 miliarda dolarów na straszenie nastolatków skutkami używania marihuany. W rezultacie spożycie wzrosło...
Dlatego w odpowiedzi na pytanie: "bać się czy nie bać?" odpowiem "bać się", jeśli jest czego, w stopniu adekwatnym do zagrożenia. Inaczej napytamy sobie biedy. I apeluję o rozwagę do tych, próbują coś załatwić wzbudzaniem lęku, nawet w "słusznej sprawie": wychować na dobrego człowieka, skonsolidować Polaków. To rzadko przynosi spodziewane efekty, a zawsze przynosi niepożądanie skutki.
