Czytam, iż politycy PO są zdziwieni liberalnymi postulatami wyborców, umieszczanymi na ich stronie facebookowej, dedykowanej programowi wyborczemu. Ku ich zaskoczeniu, nikt nie postuluje zwiększenia becikowego lub obniżenia wieku emerytalnego. Raczej powrotu OFE i zlikwidowania podatku dochodowego oraz ograniczenia roli związków zawodowych i kościoła w życiu społecznym.

REKLAMA
Elektorat miotający się między PO, Pawłem Kukizem i innymi bardziej egzotycznymi formacjami pozostaje całkowicie niezrozumianym przez polityków - głównie z powodu hałaśliwego reakcjonizmu beneficjentów państwa społecznego.
Pół wieku temu, natchnieni chłopcy z Liverpool, the “Beatles”, zdecydowali się na poetyckie uproszczenie tworzącego się wówczas nowego systemu wartości, przekonując świat, iż miłość jest porządkującą kategorią ich pokolenia. “All you need is love”, śpiewali przy akompaniamencie sitar i afrykańskich bębenków, otoczeni kolorowym tłumem przedstawicieli amerykańskiego szczytu demograficznego. Bez wątpienia ich otwarty pacyfizm miał wiele wspólnego z toczącym się wówczas konfliktem militarnym w Wietnamie, bo studenci po drugiej stronie Oceanu, w Paryżu, wolni od podobnych obciążeń, decydowali się na demonstrację niechęci do zastanego porządku za pomocą kostki brukowej.
Ruchy lat siedemdziesiątych w demokracjach zachodnich miały wiele oblicz - od purpurowego zamroczenia ruchów hippisowskich, po makabryczne akty popełniane przez Bader-Mainhoff, czy Czerwone Brygady. Jednak, bez względu na formę jaką przybierały, czy też wybraną strategię działania, łączyła je wszystkie jedna, wspólna idea: całkowity sprzeciw wobec zastanego porządku świata. Negacja establishmentu i modelu państwa społecznego stworzonego na gruzach dwóch wojen światowych i Wielkiej Depresji.
Mroczniejszy aspekt form sprzeciwu w Europie Zachodniej miał z pewnością wiele wspólnego z niedawną, tragiczną przeszłością kontynentu. Dla pokolenia wchodzącego w dorosłe życie w latach siedemdziesiątych i zastających skostniały, biurokratyczny i pruderyjny system, którego twórcami i strażnikami byli nierzadko byli naziści lub ich kolaboranci, potrzeba rewolucyjnego przewrotu wydawała się nieunikniona. Ale i Stany Zjednoczone zmagały się ze swoimi formami pokoleniowego ekstremizmu, jak “Black Panthers”, czy “Watchmen”.
Tak czy inaczej, za sprawą młodych gniewnych, naczelną kategorią dyskursu społecznego stała się nie miłość, ale “ja”. Stworzony system socjalny z całą jego restrykcyjnością, nakazowo-redystrybucyjnymi mechanizmami, kontraktem społecznym od kołyski po grób, wydawał się powojennemu pokoleniu nie do zaakceptowania. Solidarność społeczna, jako główny organizator życia społecznego, przestała ich całkowicie interesować. “Chcieli być sobą”, cytując Perfekt. “Wreszcie”.
W tych kategoriach młode ruchy lat siedemdziesiątych były w swej istocie ruchami burżuazyjnymi, skierowanymi przeciwko państwu społecznemu opartemu na terrorze fiskalnym, rygorystycznym rynku pracy i rygorystycznych normach społecznych narzuconych w imię szeroko pojętej solidarności społecznej. I pierwszym objawom finansowego bankructwa tak pojętego modelu społecznego.
Nie jest przypadkiem, że w latach osiemdziesiątych, nie kto inny podjął się demontażu tego systemu, jak pokolenie sprzeciwu. Bill Clinton palił, ale się nie zaciągał. Joshka Fischer demonstrował z kamieniem, ale nie rzucał. Proces deregulacji, prywatyzacji i zmniejszania obciążeń fiskalnych ruszył pełną parą. Naczelnym priorytetem wprowadzanych reform stały się prawa jednostki i możliwości jej nieskrępowanego rozwoju. W założeniach, aparat państwowy miał zejść obywatelowi z drogi do jego samospełnienia, zarówno zawodowego (koniec regulacji profesji), społecznego (wolne stowarzyszenia), jak i życiowego (prawa mniejszości seksualnych).
Polska droga od państwa społecznego do państwa rynkowego, z racji naszych uwarunkowań politycznych, wyglądała nieco inaczej. Choć nieobce nam były rewolty generacyjne (1968), twarda ręką reżymu komunistycznego nie zezwalała na demokratyczną ewolucję buntowników w znaczącą siłę polityczną. Powojenny system państwa społecznego pozostał w dużym stopniu niezmieniony, aż do upadku komunizmu. Jego fundamenty zachwiały się mocno dopiero za sprawą terapii szokowej zafundowanej krajowi przez reformy Leszka Balcerowicza. Od tego czasu, jednakże, rozbuchany model państwa opiekuńczego rozpoczął swój powolny, polityczny powrót.
Aż do dzisiaj, bo nie mam wątpliwości, iż w niedalekiej przyszłości głos nowego, pokoleniowego elektoratu w Polsce zostanie nie tylko usłyszany, ale wyznaczy i narzuci ton debaty politycznej. Pokolenie wolne od spuścizny byłego systemu, wolne od piętna “Solidarności” dochodzi do głosu i kwestionuje zastany porządek świata. Czy mają rację? Przez ostatnie 20 lat Polska podwoiła swój PKB, przeżyła prawdziwy skok ewolucyjny i ciągle cieszy się wzrostową gospodarkę. Z ich punktu widzenia, jednakże, beneficjentami zachodzących zmian jest głównie pokolenie starego reżymu.
Nowe pokolenie ma rację. Deklaracje “Solidarności” mają tak naprawdę ukryć jej międzypokoleniowy brak. Edmund Burke twierdził, iż społeczeństwo jest kontraktem między pokoleniami; kontraktem, którego niepisanym priorytetem jest odpowiedzialność tych którzy są, wobec tych którzy przyjdą. Ta więź została zerwana. Roszczeniowi budowniczowie państwa społecznego zadłużają przyszłe pokolenia bez żadnego poczucia odpowiedzialności, czy przyzwoitości. Nowe pokolenie jest pokoleniem długu, pod którym się nigdy nie podpisywali. Nic dziwnego, że są wkurzeni.
Wierzę, iż nowe pokolenie wyborców i polityków, dokona demontażu państwa społecznego, podobnie jak uczyniło to pokolenie lat siedemdziesiątych na Zachodzie. Wierzę, iż są spadkobiercami tych samych idei, które stawiają dobro jednostki ponad źle pojętym dobrem społecznym, które wystawia im jedynie rachunki do zapłacenia. Politycy establishmentu, jeżeli liczą na przetrwania, powinni mocno przyłożyć ucho do ziemi.
Mniej państwa, mniej obciążeń, mniej regulacji, mniej kościoła. A wasze długi, spłacajcie sami.