
Nie mam pojęcia, ile razy Tomasz Terlikowski krytykował „Iliadę” Homera, w którym kominku palił literaturę Dana Browna czy filmy Larsa von Triera, ani czy jego ucho cieszy muzyka nadawana przez wokalistów spoza toruńskiej rozgłośni. Wiem natomiast, że na lekcjach dobrego wychowania dzielił oślą ławkę zapewne z posłaną Pawłowicz. Przy ociekającym mieszanką buty i bezczelności tonie wypowiedzi publicysty „Frondy”, Antoni Macierewicz to stonowany gentleman. Natomiast Janusz Palikot jawi się raczej jako wesoły satyr, opowiadający na królewskim dworze ideowo neutralne fraszki kościelne.
REKLAMA
Jeśli nie wiecie, jak jedną pozbawianą sensu wypowiedzą, obrazić wszystkich aż po horyzont, uczcie się od pana Terlikowskiego, niestrudzonego w swej walce strażnika polskiej moralności.
Kilkanaście zdań. Kilkadziesiąt słów. Kto może czuć się urażony?
1) Kobiety. Ich rolę Terlikowski sprowadza do rangi społecznych reproduktorów, wydających na świat hordy dzieci, które w krótkich odstępach między kolejnym „stanem błogosławionym”, w najlepszym wypadku, nadają się do zmywania garów, o ile oczywiście nie są w tym czasie zajęte odmawianiem litanii.
2) Ludzie wierzący. W państwo, w Boga, w rodzinę, w miłość, w ład publiczny, w sprawiedliwość społeczną, w Latającego Potwora Spaghetti, w życie po śmierci, czy w samych siebie. Wierzący w cokolwiek, ale z własnej woli.
3) Chorzy. Za bezpłodność. Mający naprzemiennie wyrzucać Bogu i przeznaczeniu żale za swój los. Sprowadzając ich dramat do procesu reprodukcji przynoszącego społeczeństwu zysk, Terlikowski udowadnia, że można przeczytać Biblię nawet miliard razy, a i tak kompletnie jej nie zrozumieć. Empatia nie wchodzi w grę. W jej otoczeniu publicysta czuje się bardziej obco, niż Marylin Manson w Watykanie.
4) Rodziny wielodzietne. Przekaz jest prosty. To już nawet nie komórki społeczne. To znane z „Matrixa” fabryki ludzi. Miłość? Co to takiego?
5) Ludzie pracujący za granicą. Tych autor wrzuca do jednego worka, wypełnionego nieudacznikami błagającymi o lepszy social za granicą. Rozmieniających talenty na roboczogodziny, które po konkretnym okresie czasu pozwolą zasiąść w irlandzkim mieszkaniu przed telewizorem wraz z dziesiątką dzieci i śmieć się w głos z „wykształciuchów” wyciągających minimalną krajową w Warszawie.
6) Osoby uprawiające seks. Bo seks jest zły. Nieczysty. No i jeszcze, nie daj Boże, sprawia ludziom przyjemność. Dla autora zbliżenia fizyczne to grzeszna wypadkowa procesu prokreacji. Bo jak seks, to tylko po bożemu. Amen.
7) Rodzinę autor sprowadza do kunktatorskiej idei. Nie myśli o emocjach. Kalkuluje zarówno na pierwszej randce, na ślubnym kobiercu, a nawet w łóżku. W smutnym jak ostatnia scena „Titanica” świecie Terlikowskiego, spontaniczność traktowana jest jak dewiacja, a posiadanie dzieci uzależnione jest od arytmetycznej zmiennej gospodarczych słupków, zmieniających się z dnia na dzień. Smutne.
8) Kler. Księży. Biskupów. Kardynałów. Nie płodzących dzieci, nie dbających o przyszłe pokolenia, pasożytujących na organizmie państwowym. Skazanych na domy starców i umieranie w samotności.
Chyba żyjemy w innym świecie.
Nie.
Bez „chyba”.
