
Kto jest teraz na topie? Nie licząc ukraińskich separatystów i Conchity Wurst ważne miejsce w sercu opinii publicznej zajmuje od przedwczoraj pewien przystojniak z Hollywood. Co tam Mickey Rourke zmieniający status związku z kokainą na „wolny”, czy przechodzący renesans kariery Matthew McConaughey. Affleck to jest dopiero gość! Z amanta z kretyńskiego „Gigli”, któremu sprzed ołtarza uciekła sama J.Lo. – Ben przepoczwarzył się w zaskakująco zdolnego reżysera.
REKLAMA
Dla hejterów już dawno zyskał status strzelniczej tarczy, na której z pasją wylewali żale i frustracje. Z dnia na dzień stał się Grzegorzem Rasiakiem Los Angeles. Mitycznym nieudacznikiem tak doskonałym, że powinien stać w Sevres obok kilogramowego odważnika i centymetrowej miarki.
Jazgot porównywalny z nominacją Afflecka do roli Batmana, można porównać tylko z momentem, w którym Daniel Craig otrzymał od producentów Bonda licencję na zabijanie. Szok był tym większy, że aktor kiedyś już mierzył się z rolą superherosa. W konkurującym dla DC uniwersum Marvela wcielił się w postać niewidomego prawnika skrywającego twarz pod maską Daredevila. Efekt był gorszy, niż obecna forma Janowicza – z mrocznego konceptu opowieści Stana Lee oraz Billa Everetta pozostały jedynie zgliszcza. Widzowie zapamiętali przede wszystkim komiczny stój, przypominający raczej lateksowe wdzianko z NRD-owiego sex-shopu i Kingpina obdarzonego aparycją przesympatycznego Johna Coffey’a.
Ale do rzeczy. Dwa dni temu reżyser filmu „Batman vs. Supermen” zmaterializował obawy fanów nietoperza na swoim twitterze (zdjęcie poniżej).
Zdjęcie jest mroczne. Przywodzi na myśli to, co najlepsze w powieściach graficznych Millera. To już nie Affleck z memów i towarzyskich anegdotek, opluty przez jedenastoletnich fanów ledwo sięgających do klawiatury. To Batman naszych czasów. Odległy zarówno od burtonowskiego gotyku i umowności jak i od pozornego realizmu Nolana. To Batman – mentor. Doświadczony przez życie, szykujący się do starcia z pozaziemską inteligencją, kryptonitem i Bóg wie z czym jeszcze.
Od zawsze byłem przeciwnikiem łączenia Clarka Kenta i Bruce’a Wayne, jako postaci z kompletnie innej bajki, których kolaboracja wydaje się bardziej karkołomna, niż wspólna misja Hulka z Hyziem, Dyziem i Zyziem. Gdyby nie Zack Snyder ze swoim wyczuciem komiksowych obrazków, widmo kolorowej kontynuacji „Batmatów” Schumachera stałaby się nieomal namacalne.
Zdjęcie robi wrażenie. Dobre Wrażenie.
O ile dobrej roli Afflecka, wbrew kpinom i wszelkim plagom egipskim, jestem pewien, o tyle na bohaterskie kombo oczekuję z niesłabnącą obawą.
Mąż Jennifer Garner doskonale wie, że już po kilku minutach seansu jest w stanie zjednać sobie fanów Christiana Bale’a. Reszta zależy wyłącznie od scenariusza, którego mogą nie uratować nawet dwaj przebierańcy w kolorowych pantalonach.
Dużo więcej tekstów autora na jego popkulturalno - lifestyle'owym blogu:
MARMOLADA.ST - TRENDSETTER RADOŚCI - KAT CHAŁTURY ( KLIK i czytasz ;) )
