O autorze
Autor bloga http://marmolada.st/ Pisze, bo słyszał o sobie, że robi to wybornie. Wie o popkulturze niemal wszystko. W przyszłości ma ambicje zostać mesjaszem polskiej blogosfery. Chwilowo zajęty przedefiniowaniem związków między kulturą wyższą a lifestylem. W żadnym wypadku krytyk.

Śledź mnie: FACEBOOK

W niedzielę mam wolne! < 7 powodów >

#wNiedzielęMamWolne
#wNiedzielęMamWolne www.lupkipolskie.pl
Pierwsze wspomnienie związane z wyborami? W 1990 r. dumnie skreślam z tatą nazwisko naszego kandydata i z jego wyraźną pomocą wrzucam kartkę do urny, wyższej ode mnie o kilkanaście centymetrów. Czternaście lat później znowu skreślam i głosuję. Po raz pierwszy ze swoim dowodem i we własnym imieniu smakuję demokracji w wydaniu wyborczym. Czy byłem przejęty? A może dumny? Nie pamiętam. Prawdopodobnie jedno i drugie.


Przez kolejne lata nie opuściłem ani jednego głosowania. Aż do najbliższej niedzieli.

Dlaczego?

Oto 7 powodów:

1) Kampania wyborcza.

to teatr, w którym jak Korwin przed kamerą czuliby się zapewne uczestniczy „Warsaw Shore”. Obelgi rzucać można w eter bez opamiętania, zasady dobrego wychowania włożyć do skarpety i powiesić nad łóżkiem, bez umiaru krzyczeć wokoło, a także popisywać się wiedzą, wyniesioną prawdopodobnie z weselnej remizy. Zamiast tribala na ramieniu - garnitur. No i dytyramb na cześć prezesa z samego rana. Ot cała różnica. Wrzucając głos do urny musiałbym zadeklarować swoje poparcie dla którejś z opcji (lub dezaprobatę dla pozostałych). No way! Nie mam na to ochoty. To oś kampanii powinna być impulsem do działania, a nie medialne zastraszanie. A teza, że będziemy tarczą chroniącą przed Korwinem czy Palikotem? Nie takie ewenementy parlament widział i znosił bez mojej pomocy. Teraz również da radę.


2) Kandydaci.

Celebryci, bumelanci, pseudointelektualiści i niedouczeni eks-sportowcy. Elita elity. Wyróżnieni za partyjną służalczość, z koleżeńskiej zażyłości lub przez popularnie brzmiące nazwisko. Wykorzystani przez partyjne „góry” naiwniacy. Przypadkowi ludzie, odmawiający przed snem modły w intencji zwiększenia objętości portfela, by następnie smacznie śnić o gabinecie w Brukseli. Ewidentnie nie moi ludzie.



3) Wpływ.

O ile wybory do Sejmu / Senatu, czy wybory samorządowe, oddziałują realnie na moje życie, o tyle Parlament Europejski, to planeta Tatooine moich zainteresowań. Każdy kto uważał na WOSie lub czyta rocznie więcej niż jeden akapit tekstu, wie o istnieniu tzw. frakcji, do których należą deputowani (w zależności od partyjnych barw). Frakcje to nie państwa. I chwała systemowi za nie. W przeciwnym wypadku w Brukseli nie podjęto by żadnej z uchwał. Nie zmienia to jednak faktu, że poglądami chadeków czy zielonych, ufffff, nie muszę się interesować. Wolę NBA.


4) Nie mam czasu.

Spacer z psem, kino z narzeczoną, książka w parku lub kilka godzin na hamaku. A może paintball, ping – pong, skok na bungee lub zimne piwo w Monachium? Obojętnie. Fantastycznych form spędzania wolnej niedzieli wymienić mogę jeszcze z milion. Głosowania na tej liście nie widać.

5) Euroentuzjam / patriotym.

Autostrady, innowacje, rozwój. Nikt nie może mieć wątpliwości , że żyjemy dziś w całkowicie innej, lepszej rzeczywistości. W kraju bogatszym i ciekawszym niż 10 lat temu. Cóż to ma jednak wspólnego z frekwencją, wynikającą podobno z wygasającego w narodzie patriotyzmu i rosnącej rzeczy eurosceptyków. Za kilku kandydatów wstydzę się, większości nie znam. Czy to, że do urny wrzucę nieważną kartę , lub taką z narysowaną karykaturą ojca Rydzyka uczyni mnie strażnikiem demokracji? Proszę, nie żartujmy.

6) Propozycja, której nie ma.

Najśmieszniejszą z ostatnio zasłyszanych przeze mnie jest teza, że nie można post factum krytykować, jeśli nie brało się udziału w głosowaniu. A niby dlaczego? Ja krytykować nie muszę, bo liczę wyłącznie na samego siebie i wiem, że to nie Unia daje mi zarabiać, lecz własna ciężka praca i kreatywność. Zdanie mogę zmienić, jeśli ktokolwiek udowodni, że jest inaczej.

7) Pieniądze.

Nie, nie chodzi o rzekome krocie, które zarabiają posłowie „wyjeżdżając” kolejne tysiące eurokilometrów na niemieckich autostradach. Bo, że to poziom Rowu Mariańskiego, wiemy nie od dziś. Smutna to i nieco folklorystyczna laurka rodzimej polityki. Motywem walki politycznej zawsze powinna być realna władza, a nie tylko pieniądze. Może za sto lat nasi politycy zrozumieją, że lepiej być Frankiem Underwoodem, niż pospolitą polityczną damą lekkich obyczajów.

Miłej niedzieli.