www.eonline.com

„Oglądałem kiedyś niezły film z Angeliną”. Tak właśnie powinien wyglądać początek tego artykułu. Żadne „Uwielbiam Angelinę J.” czy „Super Angie” nie wchodzi w grę. Zostanie tak, jak sobie wymyśliłem. Potem miały być wspominki: wpierw ekranowy debiut, następnie kolejne niezwykłe role składające się na obraz diwy, jakiej świat jeszcze nie widział. Piękniejszej niż Sophia Loren, szlachetniejszej od Liz Taylor. Tej, której sexappealu mogłyby pozazdrościć Brigitte Bardot i Marylin Monroe. Na koniec kilka tradycyjnych zdań o rodzinnych konotacjach, okresie buntu, związku z Bradem i obowiązkowy (pisany w tonie laurki) epilog dotyczący działalności charytatywnej gwiazdy. Koniec - można zamknąć komputer. Ile jednak ten tekst byłby warty, jeśli już jego pierwsze zdanie miałoby tyle wspólnego z prawdą, co Agnieszka Orzechowska z jego bohaterką.

REKLAMA
Przyznaję, nie widziałem „niezłego” filmu z Angie. Dobrego, wybitnego lub rewelacyjnego też nie. Oglądałem za to całą masę filmów słabych, kilka fatalnych i trzy zwyczajnie przeciętne. „Gia”? Klasyczna sentymentalna biografia, z której pamiętamy wyłącznie smakowite sceny seksu. „Przerwana lekcja muzyki” to przelane stukrotnie przez sito popłuczyny po Kenie Kesey’u. To może „Oszukana”? W kategorii najgorszego filmu Eastwooda na podium. W innych konfrontacjach nie brana pod uwagę. Sama rola Christine Collins bardzo dobra, zapewne na tyle, aby w interpretacji Hillary Swank czy młodszej Meryl Streep, móc opuścić Kodak Thetre w towarzystwie Oscara.
Kolejne role to już prawdziwy intelektualny hardcore. Nie podnoszące poziomu adrenaliny sensacje („Kolekcjoner Kości” , 60 sekund”, „Złodziej życia”, Salt”), nie wyduszające łez romanse („Grzeszna miłość , „Turysta”) , nie wywołujące śmiechu komedie („Pan i Pani Smith”), czy wreszcie niedające się sklasyfikować produkty niewiadomego przeznaczenia („Beoqulf”, „Aleksander”, „Sky Kapitan i świat jutra”). No i crem della crem- rola Lary Croft, udowadniająca, że żywy organizm może przekazać mniej emocji, niż kilka milionów pikseli składających się w postać na ekranie naszego komputera.
Ale jakie to wszystko ma znaczenie?
logo
http://www.desktopwallpaperhd.net
Angelina jako osobowość od lat nie znajduje najmniejszej konkurencji. Jest dziś bez wątpienia najważniejszą kobietą w Hollywood. Wyznaczającą własne ścieżki damą wielkiego ekranu. Zatroskaną o Sudan, pokaźną gromadkę dzieci, czy los walczących z nowotworem kobiet. Ikoną stylu, która nawet bez makijażu i w wełnianym żółto – pomarańczowym swetrze zawsze błyszczy najjaśniej. Postacią obdarzoną charyzmą, po którą w rządku mogłyby ustawić się wszystkie początkujące w LA aktoreczki, o których nigdy nie usłyszymy. Emanującą klasą, przy której większość jej koleżanek po fachu prezentuje się niczym przekupki na albańskim targowisku. Już nawet „People” pomija ją w rankingu najpiękniejszych, mając zapewne świadomość, że po raz kolejny zasługuje nie tylko na laur zwyciężczyni, ale i całe podium.
To co powie i tak jest święte. Filmografia to wyłącznie dodatek, zdający się Angelinę wręcz nudzić. Duszny świat Hollywood to tylko trampolina do błyskotliwej kariery. Tej prawdziwej. Nie cel, lecz przystanek. Nie meta, lecz rozbieg.
Medialną nietykalność aktorka zawdzięcza nie tylko bezbłędnie zbudowanemu wizerunkowi, któremu nie straszny nawet syndrom Moniki Zamachowskiej i odbicie Jennifer przystojnego męża, ale przede wszystkim dorastaniu na naszych oczach i pokonywaniu kolejnych barier. Wszystkich, poza tą aktorską.
logo
www.youtube.com
Od piątku w kinach „Czarownica”. Dzieło oczekiwane przez wszystkich, a które zachwyt wywoła zapewne wśród ośmiolatek, szturmujących kina w towarzystwie rodziców i dwóch lalek Barbie.
Zachwyty jak zwykle zostawia nam na później.
Cała Angelina.

Dużo więcej tekstów autora na jego popkulturalno - lifestyle'owym blogu:
MARMOLADA.ST - TRENDSETTER RADOŚCI - KAT CHAŁTURY ( KLIK i czytasz ;) )