glamki.pl

Świat to okrutne miejsce. Oparte na stereotypach. Stygmatyzujące do bólu, a do tego pamiętliwe bardziej, niż urażona pierwszym małżeństwem pierworodnego Elżbieta II.

REKLAMA
Nie ma zmiłuj. Powitanie Janukowycza chlebem i solą na kijowskim Majdanie traktować można w kategoriach bajki o Czerwonym Kapturku. Także Lars von Trier pożegnany honorową salwą podczas zeszłorocznego festiwalu w Cannes, czy noszony na rękach przez wiwatujący w Buenos Aires tłum Naymar (dzierżący w dłoni upragniony Puchar Świata) mieszczą się raczej w kategoriach kiepskiego sci-fi.
Nieprędko prezes Jarosław zostanie honorowym gościem na zjeździe Platformy, a demokratyczny kandydat porwie wyborców na wiecu w sercu Teksasu. Politycy, sportowcy, artyści. Kto, choć przez dziesięć minut, smakował sławy, zagryzał ją zapewne słodkim mianem persona non grata. Gdziekolwiek. I tak Wałęsa nie chciał biesiadować z Kwaśniewskim, Majka Jeżowska nie podbiła Hip Hop Kempu, a Marcin Tyszka pod rękę z projektantką Baczyńską nie kłaniał się kilku blogerkom modowym.
Jak to? Zapraszane na potęgę, na wszelkie celebryckie spędy dziewczynki marzące o podboju świata, zastały nagle szczelnie zaryglowane drzwi do rodzimego światka fashion. Nie mogły strzelić kilku fotek na jaśniejącej od loga sponsora „ściance” i zaznaczyć swej obecności na Instagramie. Dramat. A gdzie zimne zakąski, piąteczka z Zieniem i torba, z choćby najmniejszym gifcikiem?
logo
zeberka.pl
I choć jeszcze mocno kulejący, niczym Suarez na początku maja, nieśmiało szczerzący zęby do zachodniego towarzystwa – i tak jest Everestem dla kilku blogerek, o nieokreślonych medialnie talentach. Polski świat mody, bo o nim mowa, w porównaniu z Mediolanem i Paryżem jest jak Sokół Tychy w starciu z Interem czy PSG. Bez wątpienia tworzą go w przeważającej większości ludzie bardzo zdolni. I chcąc nie chcąc, kilka dziewczyn, dla których jeszcze kilka lat temu glamour była co najwyżej bluzeczka z nadrukiem szeroko uśmiechniętej „Hello Kitty”.
Do pewnego momentu popularność blogerek modowych można było tłumaczyć internetową modą i nie ma w tym nic złego, bo słynne polskie „nie wiem to się wypowiem” święci triumfy i w ważniejszych aspektach życia. Od kiedy jednak dziewczyny, które w przytłaczającej większości ograniczają swoje teksty do podpisów pod zdjęciami, nie tylko pragną „przynależeć”, ale wręcz kreować świat mody (o którym zapewne wszystkie razem wzięte wiedzą mniej, niż świetny fotograf, kolega Woliego od windy) – zaczynają narażać się na śmieszność.
Oczywiście są wyjątki. Macademinian Girl jest „jakaś” i ma ładnego bloga, co sprawi że prawdopodobnie jeszcze z dwa razy jej stronę z ciekawości odwiedzę. Fashionelka zgrabnie zrezygnowała z funkcji wieszaka na rzecz lifestyle’u. Pozostałe blogi modowe nie tylko nie nadają się do czytania, ale nawet do oglądania, sprawiając wrażenie tanich folderów reklamowych. Wszystkim fankom Jessiki Mercedes polecam raczej Vogue’a w wersji wszelakiej, Harper’s Bazaar lub inne Vanity Fair. Lepsze zdjęcia. No i tekst się znajdzie.
logo
macademiangirl.com
Nie wiem, czy się śmiać czy płakać obserwując swoisty fenomen, że oto dziś wystarczy strzelić sobie kilka fotek w łazience z idiotycznie wyeksponowanym „dziubkiem”, by jutro w masowej wyobraźni dwunastolatek awansować do rangi wyroczni stylu, błyszcząc Michaelem Korsem na nadgarstku i najsłynniejszymi czerwonymi podeszwami francuskiego projektanta. Chyba jednak się uśmiechnę. Bez „dziubka”.
Świat mody, jak żaden inny potrafi ucieleśniać dziecięce sny. Przenosić nas z podwarszawskich wiosek do Tokio, czy Nowego Jorku. Brutalnie rozdzielać szanse na lepsze życie.
Z marzeniami jest jednak tak, że czasem muszą pozostać za drzwiami.
Czyli najczęściej tam, gdzie jest ich miejsce.
I ot cała mądrość, płynąca z działalności rodzimych blogerek.