
Żyjemy w dość dziwacznym świecie. Coraz bardziej wirtualnej przestrzeni, w której miarą wartości stały się statystyki Google Analytics, napędzające ten cały marketingowy klik – klik mechanizm. Informacja zyskuje miano przetworzonej już z chwilą „zalajkowania”, pozbawiona możliwości dotarcia do zwojów mózgowych odbiorcy. Komunikat sprowadza się wyłącznie do tytułu, skazując pozostałą treść na towarzyski niebyt, natomiast gradacja istoty przekazu przestała istnieć przynajmniej pięć lat temu. A może nawet dawniej.
REKLAMA
Nie, nie – internet wbrew środowemu oburzeniu – nie umarł wraz z kłamliwym newsem o śmierci najpiękniejszej polskiej aktorki. Nie zaliczył zgonu, stając się cichym sąsiadem przeróżnych czasopism i periodyków, które masowo (zwykle po krótkiej agonii) kończą swój żywot na medialnym cmentarzysku. Bez wieńców i świec, nie mówiąc już o salwie honorowej. Po co nam „Film” i „Machina”? Pod trzewiczkiem, kundelkiem czy innym romansikiem i tak dowiemy się kto na piątkowym bankiecie pokazał waginę, a komu do szczęścia została wyłącznie źle dobrana kiecka odsłaniająca sutki, koniecznie podczas programu na żywo. Plus newsy ze „ścianki” i kilka zdjęć, jak nasi idole wyglądali w dzieciństwie. I’ m so excited.
Do momentu, w którym media próbują zawłaszczyć życie i prywatność celebrytów, możemy jedynie wzruszyć ramionami, a dezaprobatę wyrazić poprzez zmianę kanału lub strony startowej na naszym MacBooku. W chwili, gdy stają się także władcami śmierci, należy jednak głośno zaprotestować. Nie rozpoczęła się jeszcze złota polska jesień, a medialne żniwa śmierci zostały zebrane już kilkukrotnie. Jaruzelski nie żyje. KLIK. Jaruzelski jednak żyje. KLIK. Braunek pokonała raka! KLIK. Małgorzata Braunek (1947-2014). KLIK. Ania Przybylska nie żyje. KLIK. Kto następny? KLIK KLIK. Jedząca loda Ania Mucha i Natalia Siwiec w wersji saute zdążyły już całkiem spowszednieć. Widownia chce igrzysk!
Wyhodowaliśmy monstrum, które niedługo dorośnie i nas rozszarpie. Wpuściliśmy do domu bandę oszołomów, która z całą pewnością po sobie nie posprząta. Zachłysnęliśmy się pokoleniem MTV, nasiąkając jego brudem. Zatrudniliśmy media jako prywatnego Stańczyka, klaszcząc jak dzieci po udanym występie.
Do wczoraj byłem pewny, że to my karmimy psa, wytyczając mu rytm życia. Teraz już wiem, że role się odwróciły i to on bezczelnie podstawia nam miskę pod nos.
A my w podzięce ochoczo merdamy ogonkiem.
KLIK KLIK.
