
Od zawsze stałem w opozycji do tezy, że żart opowiadany dwukrotnie staje się pozbawiony możliwości wypełnienia własnego przeznaczenia i skazany na towarzyską śmierć przez ignorancję. Podobnie jak historie, które słyszysz z ust najlepszego kumpla, prawie tak często jak: „co tam słychać”. A te po latach, niczym Chateau Cheval Blanc, smakują najlepiej, mimo iż z wersją której byliśmy świadkami łączą je już co najwyżej miejsce akcji lub główny bohater. A i to nie zawsze.
REKLAMA
Nie inaczej rzecz ma się z filmografią Wesa Andersona – reżysera który od lat opowiada nam w gruncie rzeczy jedną i tę samą historię. Czaruje nas, dodajmy, w sposób niesamowicie urokliwy. By podobnie jak gawędy naszych dziadków, osadzone w nieszczęsnych realiach lat czterdziestych, zaskoczyć w momencie, w którym właśnie zaczynamy recytować z pamięci ich ciąg dalszy.
Niepogodzeni z sobą outsiderzy, niepoprawni optymiści, życiowi wykolejeńcy, przegrani geniusze czy zniewieściali macho. Niepokorni, naiwni, niejednokrotnie po ludzku głupi. Jak my. Przerysowani tak mocno, że niemal ocierający się o cienką granicę absurdu. Bohaterowie Andersona to postaci z bajek, w których widzimy samych siebie. Odmieńcy w skórze lisów, błaznów i wszelkiej innej maści ewenementów. Świat reżysera to zaś namalowana kolorowymi farbkami chatka Baby Jagi. Jakże jednak podobna do rzeczywistości, która na co dzień bezczelnie obnaża się nam w zdecydowanie bardziej szarej kreacji. Tej podziwianej przez nas na kilka sekund po porannym budziku, ustawionym zawsze o trzy „drzemki” za wcześnie.
I choć w bajdurzeniu o męczących nas demonach mistrzami od lat zdają się być Haneke czy von Trier, to właśnie gdzieś w głębi twórczości Andersona odnajduję ostatnio autentyczny niepokój. Zanim zniszczy nas kult przemocy, a duszę utopimy w obojętności i nałogach, idąc drewnianą kładką pod rękę z reżyserem „Rushmore” dojdziemy do krainy codziennego „samoukatrupiania”. Przez nasze głęboko skrywane lęki, tysiące kompleksów, brak komunikacji czy kategoryczne wyzbycie się zasad (w pakiecie z kształtującym je światem), do których tęsknie wzdycha Anderson w „Genialnym klanie”, „Moonrise Kingdom”, „Grand Budapest Hotel” (oraz w każdym innym obrazie, pod którym się podpisuje).
Śmiech przez łzy i płacz ze śmiechu. Mądrość kretynów zestawiona na równi z głupotą geniusza.
Stumilowy Las umiejscowiony za naszym oknem.
Świat przeszłości, o którym marzymy - równocześnie zapiekle go depcząc.
Historie, których nie znamy - powtarzając je jak mantrę.
A w tym wszystkim filmy Wesa Andersona, które za nic w świecie nie chcą być arcydziełami.
Ale czasem po prostu tak wychodzi.
Więcej tekstów autora na jego popkulturalno - lifestyleowym blogu:
MARMOLADA.ST - Trendsetter radości - Kat chałtury
