
Kilka dni temu rozdano jedyne w polskim przemyśle filmowym nagrody, po których odbiór rzędem nie ustawiło się grono celebrytów, lawirujących gdzieś między mielonym w telewizji śniadaniowej a spacerem z nowonarodzonym potomkiem, zamienionym wraz z grzechotką w żywy product placement. Nie było żenujących fotek na ściance, płomiennych podziękowań wyuczonych z YouTube, a nawet Jarka Jakimowicza czy Zosi Ślotały. Cisza.
REKLAMA
Złote Węże (w założeniu nadwiślańska wersja Złotych Malin) pełnią na naszym rodzimym podwórku zupełnie inną rolę, niż ich amerykański, starszy odpowiednik. Prześmiewczy ton i ironię zza oceanu, zastąpiły typowe polskie ponuractwo i całkowity brak dystansu do własnej roli w show biznesie, powiedzmy sobie szczerze, nieudolnie raczkującym niczym Justin Bieber w dorosłym życiu. W USA wręczenie statuetek jest okazją raczej do szczerego uśmiechu, niż zmęczonego westchnienia nasączonego politowaniem. U nas jak zwykle pozostaje tylko płacz. Albo refleksja, głębsza niż sam temat. Bo od lat nagrody przyznawane całkowicie na serio zgarniają produkcje, które niejednokrotnie mogłyby stawać w szranki z „Last Minute” czy „Tajemnicą Westerplatte”.
Gdzie są dziś zatem dobre polskie filmy? W archiwach. Albo na Kino Polska w okolicach czwartej nad ranem. Gdzie twórcy, którzy są w stanie wznieść się ponad poziom piłkarskiej reprezentacji? Zniknęli niczym malezyjski boeing, kręcąc kolejne odcinki „Klanu” i „Na Wspólnej” jako Janowie Kowalscy. Gdzie wyśmienici aktorzy? Tu sprawa jest prostsza - Janda i Gajos od dawna preferują teatr. Gdzie marka polskiego kina? W produkcie, który za kilkadziesiąt złotych możemy wcisnąć kilku emerytom razem z garnkiem za pięć tysięcy.
Problemem nie jest już poziom żenady, który osiągnęli aktorzy sprzedając się w ilościach i po cenie precla koło krakowskich Sukiennic. Mam gdzieś ile produkujemy „Pierwszych randek” i „Sępów”. Amerykanie i Francuzi puszczają w kinach filmy po stokroć gorsze, przy których obcowanie z twórczością Patryka Vegi wydaje się być przeżyciem nieomal mistycznym. Ale do licha, nakręćmy jeden dobry film na pięćdziesiąt kolejnych „Wałęsów”. Nie interesuje mnie, w ilu jeszcze reklamach musi zagrać Żebrowski, aby przypomnieć sobie że gdzieś między średniowieczem a renesansem były czasy, w których wychodził na chwilę z roli ambasadora polskiej energetyki. Niech w końcu pokaże co potrafi! Nie obchodzi mnie, że muszę czekać na kolejne filmy Cristiana Mungiu, śledząc doniesienia z rumuńskiego box office’u. Chętnie poczekam i na polskie arcydzieła! Tylko na które? Nie chcę już martyrologicznych laurek Wajdy, piątej wersji tego samego Smarzowskiego, czy przemożnego lęku, że Więckiewicz siedzi już na tylnym siedzeniu mojego auta.
Jesteśmy w miejscu, w którym niestety potrafimy niewiele. W czasach, gdy polska szkoła filmowa wydaje się być zjawiskiem z okresu Zjazdu Gnieźnieńsiego, zachłysneliśmy się światem rodem z „Pudelka” i „Dzień Dobry TVN”. Zapomnieliśmy, że kino to przede wszystkim emocje. Naszą wrażliwość twórcy chcą dziś kupić poruszając tematy sprane („Ida”), serwując nakręcanego przez „panie od polskiego” samograja („Katyń”) lub siląc się na bycie cool („Sala samobójców”). Zdolni zjadają własny ogon kalkując własne sukcesy (Borcuch) bądź milczą (Lankosz). Pozbawiani talentu (długo by wymieniać) stoją w miejscu. Wielcy (Krauze) wyraźnie szukają dawnej formy. Pozostali zwyczajnie się nie nadają.
Panuje przekonanie, że fajnie co rok zrobić dwadzieścia filmów średnich i trzydzieści trzymających poziom „Miłości na bogato”. Wolałbym jeden, który mnie zachwyci. Bez Kuleszy, Szyca i zachwytów kupowanych na Allegro. Bez gwiazdek za nazwiska.
Poczekam i chętnie zobaczę.
Nawet za cenę kilkunastogodzinnego maratonu z laureatami przyszłorocznych Węży.
Obiecuję.
Więcej tekstów autora na jego popkulturalno - lifestyleowym blogu:
MARMOLADA.ST - Trendsetter radości - Kat chałtury
MARMOLADA.ST - Trendsetter radości - Kat chałtury
