Dobrze, że kwiecień się kończy. Nie dość, że pogoda rodem z Suwałk, święta przeszły do historii szybciej niż partia Gowina, w wiadomościach na zmianę Ukraina i europosłowie, to jeszcze ten nieszczęsny kwietniowy „Vogue” z Kim i Kayne na okładce. No nie może być! Nie dość, że bajecznie bogaci i szampańsko upojeni własną miłością, to jeszcze przy pomocy photoshopowego make – upu rewelacyjnie wyszli na zdjęciu. Nie mamy znowu 21 grudnia 2013, a jednak świat się skończył.
REKLAMA
Śmieszy postawa modowych blogerów tłumnie nawołujących do bojkotu miesięcznika, którego najpewniej nie trzymali nigdy w rękach. Pomijając już nawet fakt, że większość z nich ma zapewne problemy ze zrozumieniem elementarza i podpisów pod modowymi zdjęciami - żałobny ton roztaczany nad biblią mody z ich ust brzmi równie przekonująco, jak coroczna nominacja Putina do pokojowej nagrody Nobla. Bawi również egzaltacja Sarah Michelle Gellar, która jako ikona stylu i postrach wampirów - Buffy w jednym, zapewne marzy, aby zaszczycić fotografów „Vouge'a”, w którymś z następnych numerów. Nie dziwi natomiast postawa brukowców i portali plotkarskich, opisujących z pasją nawiedzający świat mody armagedon, w którym w postać Noego wciela się nieśmiertelna Anna Wintour.
Dużo bym dał, aby zobaczyć w tym momencie twarz naczelnej amerykańskiego „Vogue’a”, która po raz kolejny udowodniła, że w istocie jest nie tylko absolutną trendsetterką świata mody, ale także najjaśniej świecącą gwiazdą magazynu, którym włada niepodzielnie od 26 lat. Jest władną totalnym, Kim Dzong Unem krainy fashion. Podpadniesz, nie istniejesz. A twoją koleżankę namaszczę na ikonę stylu. Dlaczego? Bo mogę.
W całym zamieszaniu znika nieco Kim Kardashian. Samozwańcza celebrytka, której Amerykanie kochają publicznie nienawidzić, jednocześnie w zaciszu domowego fotela śledząc z wypiekami na twarzy ostatnie wydarzenia w „Z kamerą wśród Kardashianów”. Scheda skandalistki odziedziczona po byłej przyjaciółce Paris Hilton, a także sex - taśma w filmografii nie podobają się zagranicznym komentatorom, przyjmujących coraz częściej ton Tomasza Terlikowskiego. A prawda jest taka, że przy Kate Moss czy Naomi Campbell to co najwyżej medialna harcerka, która chce pokazać całemu światu, ile sprawności zdobyła podczas ostatniego biwaku. Grzeczna dziewczynka ze szkolnego chóru, chwaląca się wszystkim dookoła kolejną markową torbą z zakupami.
Wątpliwe początki kariery i erotyczne epizody Charlize Theron i Cameron Diaz zostały rozgrzeszone milion lat temu, a panie cieszą się niesłabnącą sympatią czerwonego dywanu. W biografii Sylvestra Stallone’a najpierw znajdziemy wzmiankę o „Rocky’m” niż „Włoskim ogierze”, a Hillary dalej jest żoną Billa Clintona. Świat niby idzie do przodu, ale ostatnio chyba nieco zwalnia, w chocholim tańcu starając się wmówić nam, że bycie ikoną stylu to przede wszystkim maniery wyniesione z pałacu Buckingham.
Dziś bycie ikoną stylu, to po prostu bycie jego ikoną.
I nic do tego mają horyzonty, które rzadko bywają szersze niż biodra Kim.
Dużo więcej tekstów autora na jego popkulturalno - lifestyle'owym blogu:
MARMOLADA.ST - Trendsetter radości - Kat chałtury
