Przed chwilą oglądnęłam w dwójce drugą edycję Bitwy Na Głosy. Rok temu byłam w tym programie i miałam pod opieką świetny zespół wokalny z mojego miasta Zielonej-Góry. Pamiętam jedną przygodę, która mnie spotkała gdzieś pod koniec tego programu czyli w ostatnim tygodniu kwietnia 2011 roku.
REKLAMA
Był piękny wioseno-letni wieczór. Na dworze cieplutko a ja wracałam Marszałkowską w kierunku pl. Unii Lubelskiej na piechotę do domu z RadioCafe na Nowogrodzkiej. Mijając Żurawią, zauważyłam zbliżający się tramwaj jadący w moim kierunku. Nie zastanawiając się, szybko przyśpieszyłam kroku i wskoczyłam do drugiego prawie pustego wagonu. Usiadłam w przedniej części a obok siedziała młoda para. Na następnym przystanku przy pl. Konsytucji wszedł to naszego wagonu, tylnym wejściem kibol. Zakapturzony z piwem w ręku. Tramwaj ruszył i on też. Zaczął głośno przeklinać, kopać w ławkę i szarpać za drążek do trzymania. Zmrożona strachem, wyrzucałam sobie pomysł podróży prawie pustym tramwajem, a przecież to była idealna okazja do pięknego spaceru. Tramwaj się zbliżał do przystanku przy Trasie Łazienkowskiej i nagle usłyszałam głośne kroki w moim kierunku. Na pewno zaraz dostanę butelką w łeb, pomyślałam przerażona. W tym momencie spojrzeliśmy na siebie, ja o wiele groźniej na wszelki wypadek a on wykrzyknął na cały wagon: BITWA NA GŁOSY!!!!!! URSZULA DUDZIAK!!!! SZACUN!!!! GRATULUJĘ!!! Odpowiedziałam zaskoczona: dziękuję a on wyciągnął do mnie rękę, elegancko się ukłonił i buchnął mnie w mankiet (tak się mówiło u nas w Zielone Górze, jak ktoś kogoś pocałował w rękę). W sekundę potem wyskoczył z tramwaju i pomachał do mnie radośnie, posyłając całusy. Siedziałam zaskoczona, a młoda para, okazało się, Brytyjczyków, nie mogli zrozumieć co się stało, ale na wszelki wypadek gratulowali mi wybitnych umiejętności, okiełznania warszawskiego chuligana groźnym wzrokiem.
