Środek lata 1987. Po festiwalu w Perugii (Umbria Jazz Festiwal), gdzie występowałam z big-bandem Gila Evansa, i po nagraniu koncertu z tego festiwalu ze Stingiem wsiadłam w samolot i przez Rzym, Londyn poleciałam do Waszyngtonu. Organizator dużego festiwalu jazzowego w tym mieście zaprosił mnie, żebym wystąpiła solo z moimi elektronicznymi przystawkami.
REKLAMA
Był moim wielkim fanem i uważał mnie za prekursorkę nowego stylu wokalistyki. Zaoferował mi olbrzymią sumę jak na tamte czasy – pięć tysięcy dolarów od koncertu. Miałam zaśpiewać pierwszego i drugiego dnia festiwalu. Czyli miałam wracać do domu z gigantyczną sumą dziesięciu tysięcy dolarów. Jest ambitnym i hojnym organizatorem, pomyślałam.
Od kiedy pamiętam, moją elektronikę nazywam kuchnią. Gotuję, przyrządzam najprzeróżniejsze potrawy, mieszam przyprawy, kombinuję i nigdy nie wiem, dokąd zmierzam. Czasami się zachwycam, czasami mi nie idzie i tak naprawdę nie wiem, gdzie leży klucz i od czego to wszystko zależy. Jak wypadnę w Waszyngtonie? Nie miałam pojęcia. Ląduję i jestem zaniepokojona, ponieważ samolot z Londynu spóźnił się dwie godziny. Miałam śpiewać na otwarcie festiwalu i kiedy dotarłam na miejsce koncertu, na dużej scenie grał ośmioosobowy zespół funkowy, do tego żeński zespół wokalny. Wszyscy czarni jak smoła, grzali niesamowicie.
Cały festiwal na otwartym powietrzu w olbrzymim parku Dupont. Na wielkiej polanie siedzi kilka tysięcy widzów i wszyscy czarni. Piją piwo i palą marihuanę, niektórzy tańczą. Wszyscy rozbawieni, jakby w ekstazie. Tuż po tym rewelacyjnym zespole na scenę wchodzi organizator, zapowiada mnie jako objawienie w wokalistyce jazzowej i żeby było jeszcze ciekawiej, mówi: „I wyobraźcie sobie, że ona jest z Polski!”. Wzięłam mikrofon do ręki i przeżegnałam się w myśli, przeczuwając trudne, wysokie schody. Zaczęłam od smętnej „Po tamtej stronie góry”. Po pierwszym utworze złowroga cisza. Szybko zaczęłam drugi i nagle zaczęto krzyczeć: „Go back to Poland!!!”. I śmiechy. Śpiewam i kurczę się w środku, nie wiem, co robić! Nagle tuż obok ląduje pusta puszka po piwie, za chwilę druga, trzecia, jest ich coraz więcej. Rozpaczliwie szukam wzrokiem organizatora. Nie wiem, czy dokończyć utwór, czy uciekać.
Uciekłam z płaczem i powtarzałam w kółko jak papuga, że chcę natychmiast jechać do domu. Byłam zrozpaczona. Nigdy czegoś podobnego nie przeżyłam. Organizator uspokajał mnie chyba przez godzinę. Tłumaczył, że gdybym występowała pierwsza, kiedy publiczność jest jeszcze trzeźwa i nie „zadragowana”, byłoby zupełnie inaczej. Uwierzyłam mu i następnego wieczoru wystąpiłam jako pierwsza. Nie było burzy braw ani bisów, ale przynajmniej nikt mnie nie zrzucał ze sceny.
