Zawsze lubiłam się stroić i zostało mi to do dzisiaj, ale mam zdanie o swoim guście, jeśli chodzi o wybór ubrań, dobieranie dodatków itd. Zdarza mi się, że otwieram szafę i nagle jestem zauroczona zestawem np. żakietu ze spodniami, a powiesiłam je w szafie zupełnie przypadkowo.

REKLAMA
Mam swoje zdjęcie z cywilnego ślubu z Michałem Urbaniakiem z 1967 roku. Ubrana jestem w brązową koronkową sukienkę z białym koronkowym kołnierzykiem. Nie był to strój oszałamiający, a raczej skromny. Wyjeżdżając do Nowego Jorku poleciłam mojej koleżance sprzedać lub rozdać moją garderobę, w tym moją sukienkę ślubną. Mija troszkę ponad 40 (czterdzieści!!!) lat, jestem u Ewy i Jacka Cygana w Warszawie i piję herbatkę. W pewnej chwili Ewa znika i za chwilę przynosi moją koronkową suknię.
Sukienka wygląda niezbyt atrakcyjnie, ale trzyma się dzielnie i ma rozmiar 36(!!!!). Ewa opowiada, że zaręczała się w niej i nie przyniosła jej szczęścia, bo skończyło się tylko na zaręczynach. Moja mama zawsze powtarzała: nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło i zgadza się, bo następny narzeczony, którego Ewa zaręczała w innej sukni jest jej mężem do dzisiaj. Ewa mi sukienkę podarowała i na dzień dzisiejszy wisi w mojej szafie i czeka, żeby komuś znowu pomieszać plany. A może podrzucę ją córce na wydaniu, jak mi podpadnie jej chłopak?
Moje zdjęcia sprzed lat obfitują niejednokrotnie w wyjątkowo kiczowatą garderobę. Kiedy patrzę na nie, nie moge się nadziwić mojemu bezguściu. Nie zapomnę, jak przyjechałam z Nowego Jorku do Warszawy, aby zaśpiewać koncert z zespołem Walk Away. Za kulisami w garderobie z radością wkładałam, moim zdaniem, sukienkę marzenie. Jak mnie w niej zobaczył mój ówczesny menedżer Wiesiu Dąbrowski, wykrzyknął: "Ula, to nie operetka!!!" Była to czarna suknia za kolana uszyta z atłasu, łączonego z koronką i gdzieniegdzie ozdabianą wielkimi kamieniami udającymi brylanty.
Apropos brylantów. Kiedyś po wylądowaniu na Okęciu celnik wziął na celownik sztuczne brylanty ozdabiające moją skórzaną torebkę. Przyglądał się im przez szkło powiększające. Skomentowałam to głośno, prawie do jego ucha: "Gdyby były prawdziwe, lądowałabym na własnym lotnisku". Podobno trzeba pozbywać się rzeczy, które goszczą w szafie przez dwa lata, nietknięte. Myślę, że pobiłam rekord wszechczasów. W 1965 roku mieszkaliśmy z Urbaniakiem w Sztokholmie u pani Shultheis (to, że pamiętam jej nazwisko graniczy z cudem!!!). Graliśmy w słynnym klubie Hamburger Boers (O rany! To też pamiętam!!). Nasza pani gospodyni miała przepiękny czarny angorowy sweterek. Jak ja go zobaczyłam, oczy mi się zaświeciły z zachwytu. Dostałam go w prezencie. Wiecie, gdzie mieszka na dzień dzisiejszy, czyli po czterdziestu siedmiu latach??????? W mojej sypialnianej komodzie i jest w świetnym stanie!!! Miałam go na sobie wiele, wiele razy.
Innym razem w Nowym Jorku upatrzyłam śliczne skórzane ciemnobrązowe spodnie. Miały jedną wadę, że były bardzo ciasne i mogłam je zapiąć tylko na leżąco. Podczas rozmowy telefonicznej z moją kochaną przyjaciółką i wspaniałą artystką, Grażynką Auguścik mieszkajacą w Chicago, wspomniałam przeszczęśliwa o moim zakupie. Na moją entuzjastyczną opowieść o za ciasnych spodniach, które zapinam na leżąco, odpowiedziała: "Będzie do trumny jak znalazł!".