W Skandynawii bywały okresy, kiedy pracowaliśmy bardzo ciężko. W sztokholmskiej restauracji Gondolen graliśmy do lunchu, od dwunastej do czternastej, potem do tańca, od dwudziestej do pierwszej w nocy, następnie szybkie pakowanie i transport instrumentów, z bębnami i organami Hammonda włącznie, do klubu Artist na Drottninggatan w centrum miasta. Mieliśmy na to pół godziny.

REKLAMA
W klubie rozpakowanie instrumentów i granie od pierwszej trzydzieści do czwartej rano. Przychodziło tam supertowarzystwo. Sami artyści, po spektaklach i koncertach. Dołączali świetni muzycy. Odbywały się tam fantastyczne jamy. Przegrywałam fortunę w ruletę, a jeśli coś nam zostawało, to Michał przepił. W ten sposób się dorabialiśmy.
Pewnego wieczoru, a właściwie bliżej rana, do klubu weszły cztery przepiękne dziewczyny. Spekulowaliśmy, czy przypadkiem nie wracały z konkursu Miss Świata. Weszły więc pięknie ubrane, w stylowych sukienkach, na bardzo wysokich szpilkach. Siadły przy stoliku i gestykulując, żywo o czymś rozprawiały. Ściągały na siebie wzrok zaciekawionych facetów i zazdrosnych kobiet. Towarzystwo tańczyło, one nie. Zamawiały drinka za drinkiem, śmiały się głośno, a po każdym naszym utworze entuzjastycznie nas oklaskiwały.
A może to dziewczyny z jakiegoś słynnego zespołu? Bez wątpienia znają się na dobrej muzyce. Tak kombinowaliśmy podczas krótkich pauz między utworami. Były wyraźnie rozbawione i nagle wyszły na parkiet. Zaczęły tańczyć. Robiły to rewelacyjnie.
No nie! To zawodowe tancerki! – pomyślałam. Nikt nie miał śmiałości przeszkodzić im na parkiecie. Tańczyły same, a wszyscy byli w nie wpatrzeni. W pewnej chwili stanęły na rękach. Zanim dokończyłam myśl... że to przecież gimnastyczki, nagle spod szerokich spódniczek wynurzyły się wyjątkowej urody okazałe członki. Cała sala wybuchła głośnym śmiechem, a dziewczyny (transwestyci) z gracją ukłoniły się i przeniosły do baru. Mężczyźni byli rozczarowani, a ich kobiety odetchnęły z ulgą.