Moimi ulubionymi miejscami zakupów na Manhattanie był albo wypasiony dom handlowy Bloomindales albo kupa second-handów. Do pierwszego wpadałam rzadko, ale lubiłam przymierzać drogie ciuszki i udawać, że w ostatniej chwili, coś mi wypadło i nie mam czasu pójść do kasy i zabulić.

REKLAMA
Moje córki Kasia i Mika narzekały, że ubieram je w noszone przez inne dzieci ubranka, a ja uważałam, że to duża oszczędność, bo przecież dzieci rosną jak na drożdżach i już wtedy byłam przyjazna naszej planecie. Ze szmateksów miałam kilkadziesiąt par szpilek. Niektóre, prawie nowe (np. Ives Saint Laurent'a) kupowałam za 10 dolarów, nie mówiąc już o niektórych kieckach ze świetnych materiałów, modnie skrojonych jakby prosto od projektanta ze znanych domów mody, które kupowałam za przysłowiowe grosze.
Kiedyś zaglądnęłam do Bloomindales i przy stoisku z okularami słonecznymi, zbaraniałam. Mój mózg przeszyła myśl - piorun. Ja muszę mieć te okulary!!! Były to okulary Pierre Cardin'a za całe $500. Miały ciemnozieline szkła osadzone w ciemnoczerwonej oprawce i przypominały narciarskie w latach 80tych szczyt mody. Chodziłam koło nich przez kilka dni i w końcu w tajemnicy przed moim ówczesnym mężem Michałem Urbaniakiem zakupiłam je, ściemniając, że wyhaczyłam je w secondhandzie za 15 dolców. Od tego czasu nie rozstawałam się z nimi.
Bardzo często jeździliśmy całą grandą grać w tenisa do Rutheford w New Jersey około godziny drogi z Manhattanu. Tego pamiętnego dnia, wracaliśmy na Manhattan z kortów z naszymi bliskimi przyjaciółmi Elą i Leszkiem Świerszczem, którzy mieszkali na 43 ulicy i 10 tej Avenue. Michał prowadził samochód, koło niego siedziała Ela, a ja z Leszkiem z tyłu. Podjechaliśmy pod ich dom na 10 Ave, Ela i Leszek wysiedli a ja przesiadłam sie do przodu, koło Michała. Za kilka minut byliśmy pod naszym domem na 58 ulicy przy 6 stej Ave. Przed wyjściem z samochodu, rozglądam się, szukam w torebce na podłodze z tyłu moich ukochanych, piekielnie drogich okularów. Nie ma.
Krzyczę zrozpaczona: Misiu: zostawiłam moje okulary na korcie!!!! Wracamy, błagam!!! Miś w te pędy zawrócił i jedziemy. Przed nami 45 minut drogi. Docieramy, szukamy ja bliska płaczu, okularów nie ma. Nagle olśnienie. Jak przesiadałam się z tyłu do przodu, miałam je na kolanach i przy wysiadaniu, wypadły mi na jezdnię, pomyślałam. Tak, ale przecież w takim ruchu, niemożliwe, żeby się uchowały. Jedziemy, a ja wierzę w cuda. Podjeżdżamy do miejca przesiadki na 10tej Avenue i oczom nie wierzę. Moje Pierre Cardeny leżą na jezdni około metra od chodnika. My jesteśmy około 20 metrów od mojego skarbu. Nagle wyprzedza nas duży Ford, zajeżdża nam drogę i i i jego prawa przednia opona trafia w moje okulary. Wrzasnęłam na całe gardło. Michał nacisnął hamulce i z piskiem zatrzymaliśmy się w miejscu. Wyskoczyłam z szoferki.
Na chodniku leżały moje okulary. Były "uszczypnięte" przez przednią oponę i wylądowały z impetem kilka metrów dalej. Były do uratowania. Michał się do dziś dziwi, czemu tyle hałasu o głupie okulary za kilka dolarów z secondhandu.